Sezon grzewczy, czyli nowy nurt

Pisałem w przedostatnim felietonie (Subtelne związki) o problemach z zasilaniem komputerów. Zresztą przypadek ten z życia wzięty posłużył mi jedynie jako zawiązek do snucia ogólniejszych dywagacji.

Pisałem w przedostatnim felietonie (Subtelne związki) o problemach z zasilaniem komputerów. Zresztą przypadek ten z życia wzięty posłużył mi jedynie jako zawiązek do snucia ogólniejszych dywagacji.

I słusznie - przeczucie mnie nie zawiodło, gdyż życie uzupełniło doskonale to, o czym miałem wówczas pisać, a byłaby ta pisanina bardzo niepełna, gdyby nie zrządzenie losu. Prawdę mówiąc, miałem ów poprzedni felieton zupełnie inaczej zacząć i zakończyć, a wyszło tak właśnie, jak ukazało się drukiem. Otóż w sezonie letnim moja małżonka zażyczyła sobie mieć w łazience grzejnik rurkowy. Hydraulik urządzenie zainstalował, ale ze względu na brak wody w rurach CO nie można było "na mokro" sprawdzić szczelności połączeń. Gdy tylko rozpoczął się sezon grzewczy, okazało się, że jest rzeczywiście mokro. Woda litrami zalewała moje świeżo wyremontowane mieszkanie. Nazajutrz miałem wesoły dzionek w pracy, o czym właśnie przedostatnio pisałem - gdy komputery zostały "uszczęśliwione" nadmiarem napięcia i padały jak muchy.

Gdyby na tym się skończyło, mogliby Państwo stwierdzić, że zdarzenia takie to nic nadzwyczajnego, albowiem każdego może w domu woda zalać, a w pracy prąd popieścić. Ale w tym sęk, że to nie koniec. W mojej firmie sezon grzewczy rozpoczął się nieco później. W świeżo wyremontowanej siedzibie, niemałymi kosztami zresztą, w dzień pełnego rozruchu i udostępnienia siedziby rzeszom klientów postanowiono rozpocząć sezon grzewczy. O fakcie pojawienia się wody w rurach CO poinformował nas kolega. Poinformował nas w sposób trochę niezwykły, wpadając do pokoju i wykrztuszając:

"Chodźcie wszystko wyłączyć, bo nas woda zalewa". W tej samej sali, w której niewiele dni wcześniej płynął nadmiarowy prąd, tym razem płynęła wartko woda. Utorowała sobie drogę nowym korytem, biegnącym z góry wprost do szafy krosowniczej. Omywała nową instalację, kończąc bieg w rozległym bajorze.

Szczęśliwym trafem tym razem prąd zachował się po dżentelmeńsku, nikogo i niczego nie uszkadzając.

Aby usunąć awarię, należało skuć ścianę, w której biegła rura. Szczęśliwie nie uszkodzono przy tej okazji okablowania i nazajutrz nie było najmniejszego śladu po naprawach - jakby zdarzenie nie miało miejsca. Zupełnie jak w przypadku pewnej kobiety, która zauważyła, że ni stąd ni zowąd ma na koncie bankowym zawrotną wprost sumę pieniędzy. Poinformowany o fakcie bank stwierdził, że operatorce komputera ręka się omsknęła i nie ma powodów do robienia rabanu z powodu kilku zer więcej. Kwota jak nagle pojawiła się, tak samo zniknęła - nie pozostawiając śladu swej bytności. Coś mi się wydaje, że duch harcerskiej akcji "niewidzialna ręka" znowu daje znać o sobie.