Serwerownia

Po czym poznać, jaką rolę odgrywa informatyka w firmie? Po wydatkach na nią, po zasobach kadrowych i zapleczu narzędziowym. Na pierwszy rzut oka już widać, jak się ma informatyka, gdy tylko sprawdzi się, jak jest zorganizowana serwerownia, jeśli w ogóle taka istnieje.

Użytkownicy oczekują od Lokalnego doskonałej współpracy, wyrozumiałości, szarmanckiej postawy i nie wiadomo czego jeszcze. Tymczasem, zupełnie nie dają Lokalnemu ani szans, ani zachęty do spełnienia swoich marzeń.

Podczas gdy Lokalny po raz dwudziesty już w tym tygodniu zabierał się do czytania dokumentacji nowego oprogramowania, które zostało wdrożone w firmie, przerwał mu, jak zwykle w takim przypadku, telefon. "Lokalny, przychodź natychmiast do nas naprawić Internet, bo nam nie działa" - dało się słyszeć w słuchawce. Lokalny zerwał się na równe nogi i w te pędy pobiegł na miejsce, z którego nastąpiło wezwanie do awarii. Po szybkim pokonaniu kilkudziesięciu metrów zawiłymi korytarzami prowadzącymi przy halach magazynowych nagle się ocknął. "A gdzie ja w zasadzie mam pędzić?" - zapytał sam siebie. I słusznie, gdyż szedł zupełnie bez sensu w kierunku pomieszczeń biurowych, w których pracowali urzędnicy i od których pochodził ten właśnie sygnał alarmowy. "Przecież to nie u nich się zepsuło lecz w innym miejscu. Nie u nich ale im się zdaje, że u nich. I przez to mnie tak ogłupili" - dedukował sobie po cichu. Odwrócił się więc na pięcie i poczłapał, tym razem już bez pośpiechu, wracając do serwerowni, z której dopiero co wybiegł wyrwany ze swego miejsca pracy wezwaniem telefonicznym. Serwerownia była dla bezpieczeństwa położona w innym rejonie firmy, w jednym ze schowków narzędziowych przy magazynie. Pół biedy, że była pozbawiona światła dziennego. W końcu te kilka godzin dziennie przy sztucznym świetle to nie jakaś wielka udręka dla informatyka, który i tak ciągle gapi się w ekran. Miał tam przynajmniej swoje biurko i stołek. Nie szkodzi, że serwerownia nie miała ogrzewania. W zimie i tak komputery nieźle podgrzewały atmosferę, nie mówiąc już o tym, jak sami użytkownicy przyczyniali się do podgrzewania atmosfery. W gruncie rzeczy Lokalny większość dniówki spędzał w ruchu. Najbardziej uciążliwa była odległość od użytkowników. Co interwencja, to kilometry w nogach. Jak koń w zaprzęgu przyzwyczaił się do pokonywania tej trasy. Zgłoszenie telefoniczne, bieg do miejsca awarii, naprawa i powrót.

Tak rozmyślając wrócił do swojej kanciapy zwanej szumnie serwerownią. Wyzerował router. Internet ruszył z kopyta. Lokalny zabrał się po raz dwudziesty pierwszy do czytania dokumentacji, gdy zadzwonił telefon…