Samotny bogaty człowiek

Im mniej zależy nam na opinii najbliższego środowiska, tym bardziej zależy nam na karierze, awansie materialnym, zewnętrznych oznakach sukcesu.

Im mniej zależy nam na opinii najbliższego środowiska, tym bardziej zależy nam na karierze, awansie materialnym, zewnętrznych oznakach sukcesu.

Jak to jest możliwe? Przecież to głównie na użytek innych - znajomych, sąsiadów, rodziny - budujemy swój wizerunek ludzi, którym się powiodło w życiu, którym się udaje więcej niż innym, którzy umieją zawsze sobie poradzić. Chcemy im pokazać swoją wartość i przychylność losu. Po co byśmy mieli to robić, jeśliby nie zależało nam na ich opinii?

A jednak. Prawdą jest i to, że trudzimy się z myślą o swoim triumfalnym wizerunku w oczach innych, i to, że otaczające nas środowisko (lokalne, rodzinne, pracownicze) nie jest przedmiotem naszego szacunku, troski ani szczególnego zainteresowania. Są wyjątki od tego zjawiska, ale tylko wyjątki. Są ludzie, którzy liczą się z opinią bliższych i dalszych sąsiadów i własnej rodziny, którzy skłonni są podjąć pewne działania i powstrzymać od innych z powodu ich zgodności (lub niezgodności) z hierarchią wartości rodziny lub lokalnej społeczności, którzy za największą nagrodę za swoją postawę uważają uznanie ze strony mieszkańców swojej ulicy, a za największą karę odmowę podania ręki przez właściciela pobliskiej piekarni. Generalnie natomiast obserwuje się, że nagrody i kary, które jest w stanie wymierzać najbliższe środowisko (aprobata, niechęć, wykluczenie, posłuch, autorytet, poważanie, koleżeństwo, przyjaźń itd.), tracą coraz bardziej na wartości, przestają mieć moc sprawczą, nie kierują ludzkim postępowaniem. W stosunku do coraz większej liczby ludzi - zwłaszcza młodszych, bogatszych, uzdolnionych, zaradnych - nie mają one już zdolności do motywowania. Oznacza to dwie rzeczy dziejące się równolegle: zatracanie instynktu społecznego na rzecz prywatnych interesów oraz rozprzęganie się małych społeczności. Dzieje się tak z wielu powodów, o których można by wiele mówić, ale ważniejszy niż przyczyny - banalne, podejrzewam - jest skutek tego zjawiska, wcale niebanalny, wręcz tragiczny. Skutkiem jest bowiem ten paradoks, który opisałam wcześniej: wielkim wysiłkiem budujemy swój wizerunek z myślą o tych, na których nam tak naprawdę nie zależy, których nie cenimy i którzy... odwzajemniają się nam tym samym.

Ale dlaczego tak czynimy? Dlaczego odpowiedzią na rozpad więzi i wartości społecznych jest chęć robienia kariery, bogacenia się, stanowisk?

Jest tak pewno dlatego że człowiek potrzebuje czytelnych miar swojego znaczenia, wartości, miejsca na ziemi. Jeśli opinia społeczna nie jest już taką oczywistą miarą, to widoczna zamożność czy wysokie stanowisko na pewno taką jest. Jeśli pogarda sąsiadów nie boli, to można brać łapówki. Z łapówek można zbudować dom. Na dom wszyscy będą patrzeć z zazdrością. "Ten to się umie ustawić" - ta zawiść to substytut szacunku. Wartość zastępcza albo antywartość o sile oddziaływania takiej samej jak wartość. Pogarda nie boli, bo sąsiedzi nie wydają się warci uwagi i nie warte zachodu jest pozyskiwanie ich szczerego poważania. Ale pogarda sąsiadów nie boli również dlatego, bo sąsiedzi nie mają chęci i interesu jej wyrażać, bo sąsiadom też jest wszystko jedno albo uważają, że powinno być im wszystko jedno. I tak zacieśnia się pętla nieporozumień: społeczność ogranicza swój wpływ na pojedynczego człowieka, bo pojedynczy człowiek zdaje się ją lekceważyć, człowiek ją lekceważy, bo nie demonstruje swojej opinii w sposób stanowczy.

Najsmutniejsze jest to, że im nagroda lub kara najbliższej społeczności będzie mniej ważna, tym bardziej człowiek będzie się pogrążał w pogoni za karierą i bogactwem i tym bardziej będzie nie zaspokojony w swoim pragnieniu bycia ważnym i wartościowym. Wszak dom stanowi niepodważalną pochwałę kunsztu architekta i producenta pustaków, a czy wystawia świadectwo jego mieszkańcom?


TOP 200