SPAM, czyli przedziwna historia o doktorze J. i panu H.

Tytułowe inicjały mogą - i słusznie - wywoływać skojarzenia z kolejną już aferą kryminalną, tyle, że w tym przypadku wymyśloną i opisaną przed ponad 115 laty przez niejakiego Roberta Louisa Stevensona. Wygląda to jednak na dobry przykład, bo tak do tej tematyki przywykamy, że jeżeli kiedyś zabraknie jej przedmiotu, to trzeba będzie wymyślać, co może i już się gdzieniegdzie dzieje.

Tytułowe inicjały mogą - i słusznie - wywoływać skojarzenia z kolejną już aferą kryminalną, tyle, że w tym przypadku wymyśloną i opisaną przed ponad 115 laty przez niejakiego Roberta Louisa Stevensona. Wygląda to jednak na dobry przykład, bo tak do tej tematyki przywykamy, że jeżeli kiedyś zabraknie jej przedmiotu, to trzeba będzie wymyślać, co może i już się gdzieniegdzie dzieje.

Jak wynika z pierwszego słowa tytułu, chodzi o przyprawioną mielonkę mięsną (Spiced Pork And Meat - nazwa i skrót wymyślony w Hormel Foods Co.), a - w naszym przypadku - niechcianą pocztę elektroniczną. Swoją drogą interesujące jest, jakiegoż to jeszcze mięsa dodaje do tego czegoś Hormel Foods, skoro "pork" to przecież też "meat"?

Wracając do niechcianej poczty - właśnie teraz firma Microsoft doszła do wniosku, że miarka pod tym względem się przebrała i zamierza sądownie ścigać tych, od których tego rodzaju masowe przesyłki pochodzą.

Przy okazji odezwały się liczne, głównie krytyczne, głosy na ten sam temat, a większość z nich przypomina fragment piosenki napisanej kiedyś przez Andrzeja Waligórskiego dla Tadeusza Chyły: "...więc mości książę, wy to coś złapcie, albo w ogóle coś zróbcie...".

Ci z autorów, którzy chcą wypaść bardziej poważnie, naprędce tworzą metodyki obliczania powodowanych tym strat, w których pojedyncze sekundy są mnożone przez liczby przesyłek, dając już przeliczalne bezpośrednio na pieniądz straty czasu pracy. W moim odczuciu wyliczenia te są równie przekonujące, jak wyolbrzymione dane o stratach producentów przytaczane od czasu do czasu przez organizacje walczące z nielegalnym korzystaniem z oprogramowania. Mnożą one po prostu cenę takiego oprogramowania przez liczbę przypadków i dostają w ten sposób wartość strat, co jest czystym surrealizmem opartym na fałszywym założeniu, że każdy ze stosujących nielegalne oprogramowanie i tak by je kupił.

Walka z niechcianymi przesyłkami poczty elektronicznej dowodzi przede wszystkim hipokryzji uprawianej przez dzisiejszy biznes i wydaje się zajęciem syzyfowym. Z jednej strony rzekome i realne straty, z drugiej - naciski na wzrost sprzedaży za każdą cenę. Nawet jeśli korzyści, w dalszej perspektywie, są bardziej niż wątpliwe.

Przecież nie chodzi tylko o pocztę elektroniczną z ofertami wydłużania (wiadomego narządu), skracania (czasu pracy), powiększania (dochodów) czy zmniejszania (wysiłku). To również zostawiane przed drzwiami reklamy hipermarketów i wycieczek do miejsc kultu religijnego, połączonych "z możliwością promocyjnego nabycia atrakcyjnych towarów na wyjątkowo korzystnych warunkach". Towarów, których nie uświadczy się w żadnym sklepie, bo nikt rozsądny by ich tam nie kupił. To reklamy wtłaczane w środek filmów i programów telewizyjnych, to - w końcu - reklama na stronach internetowych, która robi się coraz bardziej nachalna, sięgając po coraz to bardziej irytujące sposoby przedstawiania.

Marketing bezpośredni, dziedzina, do której zalicza się SPAM, nie jest przecież działalnością charytatywną - ktoś to zleca i ktoś, realizując te zamówienia, na tym zarabia.

Ci sami, którzy z jednej strony z tym walczą, z drugiej, chociażby pośrednio, są siłą napędową, sprawiającą, że mają z czym walczyć. Swoisty doktor Jekyll i pan Hyde - w pierwszej roli robi wszystko, by jego reklama trafiła, gdzie tylko się da, potem - w drugiej, jako odbiorca - irytuje się, gdy docierają do niego skutki jego własnych zabiegów.

Po jakimś czasie schizofrenia murowana. Pewna bardziej niż w banku.