Rudy frajer, czyli ja

Przy okazji początku roku naszły mnie myśli samorefleksyjne. Czy zauważyli Państwo, że felietonista w Polsce jest nie tylko świętą krową, ale do tego doskonałą? Proszę rozejrzeć się wokoło, rozpoczynając od łam Computerworlda, a kończąc na wielkonakładowych tygodnikach typu WPROST lub POLITYKA.

Przy okazji początku roku naszły mnie myśli samorefleksyjne. Czy zauważyli Państwo, że felietonista w Polsce jest nie tylko świętą krową, ale do tego doskonałą? Proszę rozejrzeć się wokoło, rozpoczynając od łam Computerworlda, a kończąc na wielkonakładowych tygodnikach typu WPROST lub POLITYKA.

Wszyscy piszący felietony zawsze występują z pozycji lepiej i więcej wiedzących. Nie wiem, jak daleko w historię sięga ta tradycja, ale w każdym razie za mego życia felietoniści byli zawsze nieomylni i wszechwiedzący.

W moim przypadku mogę bronić się przywoływaniem tekstów, w których obnażałem własne słabości, ale przecież publika dobrze rozumie takie mruganie doń okiem. Ot choćby wiadomo, że nie biorę viagry (felieton "Viagra dla edytora" - Computerworld 30/98), bom jeszcze za młody i żaden doktor by mi nie przepisał, nawet gdybym bardzo prosił. A poza tym przez cały czas jesteśmy wspaniali: wszystko potrafimy przewidzieć, na wszystkim się znamy, każdy problem nie jest dla nas żadnym problemem. Pora więc chyba napisać taki antyfelieton, w którym bohater, czyli autor, obnaży swoje wady i ułomności.

Przyznaję się więc sam i bez bicia, że w minionym roku 1998 kilka spraw w moim życiu komputerowym zakończyło się kompletnym fiaskiem albo, jak kto woli, blamażem. O żadnej wielkości Państwa autora mowy być nie może, gdy np. Czytelnicy dowiedzą się, że nie potrafi on odkręcić śrubki, takiej zwyczajnej śrubki. A było to tak.

Postanowiłem samodzielnie wymienić pamięć w nowo nabytych dla firmy komputerach iMac. Z jednym i drugim wszystko poszło jak z płatka, bo to przecież prosta operacja, dobrze opisana w podręczniku obsługi. Lecz gdy się wziąłem do trzeciego, śrubokręt mi się omsknął. Nie żebym się tłumaczył, ale wiedzą Państwo, jak to jest z tymi małymi śrubkami krzyżakowymi. Raz się obsunie i po ptakach! Znajomy poradził mi zastosowanie specjalnego wiertła lewoskrętnego, które wkręcając się w dziurkę wyborowaną w główce śrubki pozwala zmyślnie wykręcić rozkalibrowany kikut.

Owszem, odkręciłem, ale jak kto głupi nie sprawdzając gwintu próbowałem zastosować potem śrubkę metryczną. W efekcie cała operacja zakończyła się w tym samym punkcie, lecz z ułamaną główką stalową, której już nie da się nawiercić. Na szczęście pamięć wymieniłem. Obudowa trzyma się taśmą klejącą.

Jakby nie było dość tej wpadki, w tym samem tygodniu zmieniłem domowy numer dostępowy do Internetu, idąc za poradą mego ISP, który zainstalował nowy modem V90. Tyle tylko, że nie doczytałem, co też napisano małymi literkami nt. sprawdzania lokalności połączeń. Miesiąc potem wiedziałem już, że z sieci korzystam średnio przez jakieś 1915 minut w ciągu czterech tygodni. Kosztuje to w tzw. pierwszej strefie połączeń dodatkowe 32,16 USD. Trochę dużo jak na lekcję czytania. A przecież od lat pieklę się na TP SA, że jest taka droga, bo każe płacić za czas dostępu. Powinienem był dobrze wiedzieć, że nie ma takich rzeczy jak darmowy obiad, a w każdym razie, iż nie każdy posiłek jest zdrowy!

Boli więc dusza, oj boli, ale przyznać się trzeba. I nic nie pomaga, że inni piszą o mnie jako "jedynym w swoim rodzaju" (CW nr 33/98 z dnia 14 września ub.r., Rafał M. Gęślicki "Zawód czy powołanie"). Panie Rafale, bądźmy szczerzy. Jeśli to powołanie, to chyba ktoś gdzieś źle sprawdził niebieską kartotekę, jak mi przysyłał kartę mobilizacyjną. Może powinien być skrybą kompanijnym, ale od komputerów to raczej trzymałbym tego rudego jak najdalej...