Ruch ma sens, gdy coś jest stałe

Pracownik znanej firmy informatycznej podejmuje pracę w drugiej dużej firmie informatycznej i nic nie byłoby w tym nadzwyczajnego, gdyby wcześniej z prawdziwą nienawiścią w oczach nie opowiadał o swym nowym miejscu pracy rzeczy, których nie mówi się o największych wrogach. Czar dotychczasowej pracy prysł po popełnionych błędach, a przecież gdzieś trzeba pracować.

Pracownik znanej firmy informatycznej podejmuje pracę w drugiej dużej firmie informatycznej i nic nie byłoby w tym nadzwyczajnego, gdyby wcześniej z prawdziwą nienawiścią w oczach nie opowiadał o swym nowym miejscu pracy rzeczy, których nie mówi się o największych wrogach. Czar dotychczasowej pracy prysł po popełnionych błędach, a przecież gdzieś trzeba pracować.

Najlepiej w miejscu, które zaoferuje jeszcze większe pieniądze. A przeszłość, a przeszłość nie ma znaczenia, czyli jest bez znaczenia. Największy wróg staje się największym sojusznikiem. Zastanawiam się tylko, w jaki sposób człowiek ten sobie z tym radzi. Jedyna odpowiedź, która nasuwa mi się, to ta, że człowiek ten nie musi sobie już z tym radzić. Dla niego takie problemy już nie istnieją.

Znany konsultant doradza szacownej instytucji państwowej, która toczy walkę z równie szacowną firmą informatyczną. Konsultant wypowiadając się o firmie informatycznej nie przebiera w słowach. W jego ustach firma ta to firma zero, zero pod każdym względem. Nagle konsultant traci możliwość doradzania i rozpieszczony w szacownej instytucji państwowej szuka zatrudnienia. Zatrudnia się w firmie przez siebie nazwanej firmą zero. Idąc dalej tym tropem, nietrudno wysnuć wniosek, że konsultant jest konsultantem zero, ale to wcale nie musi być prawda. Konsultant znalazł się, jak to w życiu bywa, chwilowo bez pracy, a że firma zero, przez niego tak nazwana, oferuje jak to się mówi atrakcyjne warunki, dla konsultanta liczą się tylko te warunki. Dziś pracuje nie w firmie zero, ale w świetnej firmie.

Znany dziennikarz i publicysta, pisujący w znanej i szanowanej gazecie, polemizuje stojąc na straży wartości wydawałoby się podstawowych z inną gazetą równie znaną. Buduje swym przykładem liczne grono czytelników. Buduje i stwarza nadzieję, że nie wszystko jeszcze stracone, iż warto stawiać czoło, że są rzeczy, które są takie, a takie i są takie od całych wieków. Dziennikarz na skutek sporu redakcyjnego (bywają takie) pozostaje bez środków do życia, pozostaje bez możliwości publikowania i zaczyna publikować w gazecie, z którą jeszcze dosłownie przed tygodniem polemizował zajadle i budująco - w opinii swych czytelników. Wartość publicystyki publicysty i wartość samego publicysty okazała się bez wartości.

Świat pozbawiony został wartości, zastanawiam się. Pozbawiony został honoru, zastanawiam się. Czytam w ostatniej Gazecie Świątecznej rozmowę z osobą, która przeżyła życie zakorzeniona w wartościach (dziś osiemdziesięcioletnią osobą), czytam: "Nie chodzi nawet o to, co kto zrobił, ale - że chyba naprawdę ludzie dziś nie wiedzą, co jest zgodne z zasadami przyzwoitości, a co nie. Ja nie mówię nawet o sumieniu, o postawach moralnych, chodzi mi o coś znacznie prostszego: o świadomość, że pewnych rzeczy się po prostu nie robi. Że pewnych rzeczy po prostu robić nie wypada". Nie wypada - mówi znana filozof, rezygnując z pojęć i sfer, które pełne są wartości. Nie wypada - mówi już tylko i słyszymy w jej głosie bezradność.

Świat nas rozpędził, my rozpędziliśmy świat. Znajdując się w tzw. trudnej sytuacji życiowej (obiektywnie trudy tej sytuacji okazują się banalne), depczemy sami swoje życie. Nieważne, kim byliśmy jeszcze wczoraj, ważne, że dziś znów pędzimy. Zastanawiam się, jak można uratować świat wartości. Po nocy przychodzi przecież dzień, po burzy spokój. I choć czasami czuję bezradność, ciągle zastanawiam się, jak można uratować podstawowe wartości, których nawet tu nie wymieniam, bo żywię ciągłe przekonanie, że one jednak są znane. Jeśli ich nie będzie - stałych wartości - nasze rozpędzone życie będzie nic nie znaczącym wyścigiem. Każdy wyścig ma metę. Co jest naszą metą?