Rozsmarowywanie

Jednym z pomysłów, które przeszły przez polski światek informatyczny w ostatnich latach, była propozycja objęcia nazwy "informatyk" ochroną prawną - taką, jakiej podlega "lekarz" czy "doradca podatkowy".

Jednym z pomysłów, które przeszły przez polski światek informatyczny w ostatnich latach, była propozycja objęcia nazwy "informatyk" ochroną prawną - taką, jakiej podlega "lekarz" czy "doradca podatkowy".

Nigdy nie wyszło to poza pomysł, a na dodatek czystość intencji autorów propozycji nie była dla mnie do końca jasna. Ale teraz zastanawiam się, co tak naprawdę miałoby stanowić definicję, którą wpisalibyśmy do odpowiedniej ustawy?

Od lat piętnastu zwykłem określać się mianem "wierzącego, praktykującego informatyka". Przez ten czas zmieniłem zawód kilka razy, przechodząc przez kilka szczebli rozwoju - od administratora i programisty, poprzez analityka i konsultanta, aż po eksperta, menedżera i... publicystę. Czy jedno stoi w sprzeczności z drugim i czy nadal mam prawo nazywać się informatykiem? A kto jest "bardziej informatycznym informatykiem" - analityk biznesowy, dokonujący głębokiego reengineeringu organizacji przy wdrożeniu systemu klasy ERP, menedżer produktu klasy enterprise storage, czy programista C++?

Niedawno uczestniczyłem w spotkaniu, na którym jeden z uczestników - na oko, czterdziestoletni - powiedział: "jestem informatykiem ze starej szkoły, to znaczy znam się po trochu na wszystkim". Doskonale go rozumiem - od kilkunastu lat trwa nieustające "rozsmarowywanie" zawodu informatyka. Z jednej strony, następuje postępująca specjalizacja: ten, kto wcześniej był administratorem systemów, teraz zaczął się specjalizować nie tylko w konkretnych klasach (Windows, Unix), ale i konkretnych wersjach oraz dystrybucjach (Windows Enterprise Server, Linux RedHat, OpenBSD). Z drugiej strony, coraz więcej profesji we współczesnych organizacjach mniej albo bardziej "zahacza" o informatykę. Praktycznie każdy aspekt biznesu wspierany jest dziś przez narzędzia IT - i to raczej w większym niż mniejszym stopniu. Podstawowa znajomość technologii, a także jej konsekwencji dla biznesu i społeczeństwa, to dziś nie specjalizacja, nie przywilej inżynierów, a konieczność dla nieomal każdego profesjonalisty.

Skutkiem tego pojawia się coraz więcej osób nie posiadających przygotowania fachowego, nie odróżniających bitu od bajtu, a kompilatora od interpretera, które jednakże wnoszą sporą wartość do działów IT współczesnych organizacji. Myślę o ludziach takich jak menedżerowie projektów, osoby zarządzające wymaganiami, testerzy, osoby odpowiadające za procesy biznesowe oraz tzw. uzdalniacze, których opisałem w CW 15/2004 (http://www.computerworld.pl/artykuly/artykul.asp? id=40487 ).

Tak więc w miejsce ostrej, dyskretnej granicy - informatycy kontra nieinformatycy - mamy ciągłą, zlewającą się odcieniami szarości i bardzo szeroką "strefę rozsmarowania". Wszelkie pomysły ochrony zawodu, wszelkie ograniczenia w dostępie do niego, oznaczają budowanie sztucznych podziałów w tej strefie. Nie wierzę, że ktoś na takich podziałach skorzysta. Co więcej, miejsce każdego z tak rozumianych informatyków zmienia się w ciągu życia zawodowego, czy to w wyniku świadomie wybranych ścieżek rozwoju, czy to w wyniku zdarzeń i okoliczności, które znienacka rzucają nas tam, gdzie jeszcze niedawno nie widzieliśmy się wcale.

Stawianie dziś jakiejś granicy - ja jestem informatykiem, a ty nie, bo brakuje ci tego i tamtego - byłoby dziś nie tylko sztuczne, ale i po prostu niemądre. "Rozsmarowywanie" informatyki i informatyków jest per saldo korzystne i cieszę się, że ma miejsce. Jeśli ceną za to jest pewna dewaluacja określenia "informatyk", to trudno. Myślę, że warto było tę cenę zapłacić.


TOP 200