Rocznica, czyli Gucia

Tak się złożyło, że dzisiejszy felieton, skądinąd 531 jaki napisałem dla CW, ukaże się w druku 2 października, czyli dokładnie w 30. rocznicę mego ślubu.

Tak się złożyło, że dzisiejszy felieton, skądinąd 531 jaki napisałem dla CW, ukaże się w druku 2 października, czyli dokładnie w 30. rocznicę mego ślubu.

Rocznica jak rocznica, bywają bardziej okrągłe, ale w tym przypadku ważna z kilku powodów. Otóż moja żona, której postanowiłem poświęcić ten felieton, jest od 10+ lat najwierniejszą czytelniczką, korektorką i czasami cenzorką tego co piszę, a Państwo co tydzień mogą czytać. Myślę więc, że powinienem żonie zadedykować choć jeden tekst w całości. Wspominana była bowiem na tych łamach dziesiątki, a być może nawet setki razy. Ale zawsze na marginesie jakichś innych tematów. Teraz nadeszła jej pora w światłach jupiterów.

Zapewne nie jest przypadkiem losu, że swoją przyszłą żonę poznałem na wykładzie programowania. Studiowaliśmy w dwu kolejnych rocznikach, ale z powodu jakichś zawirowań programowych oraz osobowych wykład podstaw informatyki zrobiono nam wspólny. Gucia zaimponowała mi dwoma rzeczami. Po pierwsze jeździła na motorowerze, co we wczesnych latach gierkowskich bynajmniej nie było typowe dla polskich dziewczyn. Po drugie miała dziwne imię. Podobno jakiś asystent, słysząc jak koledzy na nią wołają, zwrócił się do niej per Pani Gustawo. W urzędzie stanu cywilnego okazało się, że moja żona naprawdę ma na imię Krystyna, a Gucia to żeńskie zdrobnienie panieńskiego nazwiska. W rezultacie formalnie mamy takie same inicjały, co nie jest całkiem wygodne w czasie tworzenia nazw rachunków poczty elektronicznej, ale za to przydaje się, gdy podpisujemy jakieś dokumenty parafką.

Żona, która rozumie męża oraz to co on robi, jest sama w sobie skarbem. Tym bardziej żona komputerowca. W naszym małżeństwie Gucia dała wielokrotnie dowody głębokiej tolerancji dla pasji męża. Choćby wtedy, gdy o zaranku włączyłem drukowanie na świeżo zakupionym, pierwszym komputerze Apple. Wprawdzie drukowałem serce przebite strzałą (niestety, wydruk nie zachował się w domowym archiwum, a szkoda), ale hałas drukarki matrycowej, stojącej zaraz przy głowie łóżka, musiał być bardzo nieprzyjemny. Dziś Gucia ma w domu dwie drukarki i robi z nich świetny użytek - produkuje cyfrowo bardzo ładne zdjęcia do powieszenia na ścianę. Ale dwadzieścia lat temu trudno było przewidzieć, że to właśnie ona zostanie tzw. power user. Tymczasem to moja żona ma dziś szybszy i lepszy komputer. Pogodziłem się z tym już dość dawno temu. Wielu mężów bardzo ambicjonalnie podchodzi do ciuchów i aut swoich żon. W naszym układzie moją radością jest, gdy komputer żony działa bez zarzutu. Podobno sprawdzam się jako mąż, to jest chciałem powiedzieć jako serwisant.

Technologia cyfrowa od dawna towarzyszy naszemu małżeństwu. Przed laty mieliśmy już domową sieć komputerową, najpierw kablową, a potem WiFi. Dziś łączy nas przede wszystkim Internet, choć ostatnio rzadziej czatujemy z użyciem . Być może po trzydziestu latach pożycia oglądanie się nie tylko nie jest konieczne, a wręcz niewskazane. Ostatecznie nikt nie staje się młodszy. Mam jednak wrażenie, że czas zatrzymał się dla Guci. A może to tylko złudzenie cyfrowe małej rozdzielczości?! W każdym razie bez wymiany bajtów z żoną nie wyobrażam sobie naszego wspólnego życia. Przyjaciele, którzy wzięli ślub dokładnie tego samego dnia (pozdrowienia Basiu i Jacku!), od technologii cyfrowej stronią tak bardzo, że nawet nie mają w domu poczty elektronicznej. Są jednak ze sobą równie szczęśliwi jak my. Widać w tym przypadku ekstremalne podejście jest tak samo skuteczne. W naszym pokoleniu ponad połowa małżeństw zakończyła się niestety rozwodami...

Guciu, mam nadzieję, że następne trzydzieści lat będzie dla nas obojga równie fajne - oczywiście z komputerami. Ale nie przede wszystkim!