Ro-bot

Jednym z nielicznych przypadków słowa pochodzenia słowiańskiego, które przebiło się do języka ogólnoświatowego, jest "robot". Ale cała ta sprawa ze światem udała się tylko w połowie.

Jednym z nielicznych przypadków słowa pochodzenia słowiańskiego, które przebiło się do języka ogólnoświatowego, jest "robot". Ale cała ta sprawa ze światem udała się tylko w połowie.

Słowo to, które u Słowian automatycznie wywołuje właściwe skojarzenie, zostało przepołowione tak, jakby za rdzeń miało swoją drugą sylabę, czyli "bot". W rezultacie sylaba ta urwała się od reszty i żyje własnym życiem, oznaczając twór, który bywa określany jako "robot programowy".

W pierwotnej koncepcji robot miał być sztucznym tworem, wykonującym za nas, ludzi, jakieś trudne albo uciążliwe czynności, posługując się przy tym czymś w rodzaju rozumu. Nie mogąc jednak jakoś doczekać się odpowiednika książkowych robotów w rzeczywistości, zaczęliśmy nazywać robotami cokolwiek, co z założenia miało nam pomagać w wykonywaniu żmudnych (i nudnych), a powtarzalnych czynności.

Pierwszymi chyba, które doczekały się tego miana, były tzw. roboty kuchenne. Każdy jednak taki robot miał tę fatalną właściwość, że po użyciu był zapaskudzony resztkami tego, co akurat obrabiał, a sam doprowadzić się do porządku nie potrafił. Mycie zaś tego wszystkiego z nadwyżką pożerało dopiero co zaoszczędzony czas (chyba żeby powierzyć to zmywarce, czyli innemu robotowi).

Nie lepiej jest z domowymi robotami dzisiejszymi: miana takiego doczekał się np. odkurzacz, który sam jeździ po dywanie na zasadzie, że jak długo a przypadkowo pojeździ, to trafi przynajmniej raz w każde miejsce, a jak poczuje, że kończy mu się energia, to sam potrafi znaleźć miejsce, w którym może się pożywić, tzn. doładować akumulatory w specjalnej stacji. Jego inteligencja nie radzi sobie jednak ze stopniem zabrudzenia powierzchni, a i tak znowu najpaskudniejsza czynność, czyli pozbywanie się worka z kurzem, zostaje do wykonania człowiekowi.

Kiedyś operatorzy komputera w pewnym ośrodku w Czechach namawiali swego szefa, by wypróbować robota przemysłowego w roli operatora zakładającego szpulę z taśmą magnetyczną do urządzenia z angielska zwanego "jednostką taśmową". Pomysł nie był zbyt mądry, bo roboty takie nie potrafiły się przemieszczać, a jednostek było dużo. Poza tym same te jednostki robiły wszystko niemal automatycznie, wymagając tylko założenia szpuli z taśmą, spięcia dwóch jej końcówek i zamknięcia drzwi, więc same w jakimś sensie były robotami. W efekcie dawało to powtórzenie scenariusza kuchennego, czyli robot do obsługi innego robota.

Tę operatorską koncepcję zrealizowano w praktyce nieco później, ale i zupełnie inaczej, budując małe, średnie i wielkie roboty potrafiące żonglować tysiącami nawet kaset z taśmą magnetyczną, a przeznaczone do utrzymywania kopii zawartości dysków.

Sam robot jednak - chciałoby się powiedzieć - wrócił do źródeł, bo od niedawna można w Czechach kupić, i to w kilku odmianach, robota o nazwie Robosapien. Z wyglądu przypomina on nieco hokejowego bramkarza, a steruje się go pilotem o niezliczonych kombinacjach poleceń (sygnał pilota robot widzi oczami) i można nawet programować mu pewne sekwencje ruchów do zapamiętania. Co więcej - reaguje na dotyk i można go obudzić głosem, a w instrukcji obsługi jest nawet arkusz do zapisywania programów.

Całość, w zależności od modelu, kosztuje, w przeliczeniu, od kilkuset do tysiąca złotych (nie sprawdzałem, ale handel nie znosi próżni, więc pewnie u nas też ktoś to sprzedaje).

Pożytek z tego robota taki, że można się nim pobawić (ale mądrze!), a jego producent, który nazywa się Wow-Wee (z jakim miejscem na Ziemi to się nam kojarzy?), zapewnia, że do zabawy wystarcza wiek "6+".

Dla dzieci jednak (i nie tylko) zabawa ta może być całkiem pouczająca (a Gwiazdka wcale już nie tak daleko!).


TOP 200