Rękopisy nie płoną

W książce ''Mistrz i Małgorzata'', której reklamować chyba nikomu nie trzeba, jest wspaniała scena. Kiedy Woland przywraca Małgorzacie Mistrza, ten przez łzy mówi, że swoją powieść o Poncjuszu Piłacie spalił w piecu. ''Przepraszam, nie mogę w to uwierzyć'' - odpowiedział Woland ''To niemożliwe, rękopisy nie płoną! Ano, Behemocie, daj no tu tę powieść''. Kot momentalnie zerwał się z krzesła i wszyscy zobaczyli, że siedział na grubym pliku maszynopisów.

W książce ''Mistrz i Małgorzata'', której reklamować chyba nikomu nie trzeba, jest wspaniała scena. Kiedy Woland przywraca Małgorzacie Mistrza, ten przez łzy mówi, że swoją powieść o Poncjuszu Piłacie spalił w piecu. ''Przepraszam, nie mogę w to uwierzyć'' - odpowiedział Woland ''To niemożliwe, rękopisy nie płoną! Ano, Behemocie, daj no tu tę powieść''. Kot momentalnie zerwał się z krzesła i wszyscy zobaczyli, że siedział na grubym pliku maszynopisów.

Scena ta przypominała mi się, ilekroć na forum kolejnej komisji śledczej wychodziła następna notatka, rozmowa telefoniczna albo SMS, które powinny były zaginąć, ale jakoś nie zaginęły. Nie tylko, jak widać, rękopisy nie płoną. Niekasowalne są także robocze wersje dokumentów, listy elektroniczne, nie wspominając o billingach. Idę o zakład, że treść rozmów między grupą trzymającą władzę także nie uleciała w przestrzeń i gdzieś kiedyś pojawi się ich szczegółowy zapis - ku uciesze popołudniówek oraz konsternacji zainteresowanych.

Jest to zjawisko paradoksalne. Z jednej strony informacja elektroniczna postrzegana jest jako nietrwała. W tzw. potocznym przekonaniu tylko dokument papierowy, i to jeszcze w oryginale, niesie z sobą jakąkolwiek wartość i pewność. "Mieć coś na papierze" oznacza tyle, co "mieć coś na sto procent". Nie ma przecież nic łatwiejszego niż skasowanie pliku na dysku czy SMS-a z pamięci telefonu komórkowego. Ot, przycisnąć jeden, dwa klawisze i po krzyku.

W praktyce okazuje się dokładnie odwrotnie - papiery mają tendencję do ginięcia, za to informacja elektroniczna trwa i trwa. Kilka lat temu w Poznaniu przekazano kilka kamienic spadkobiercom na podstawie sfałszowanych testamentów. Kiedy jednak przyszło do procesu, testamenty w niepojęty sposób zaginęły. Gdyby sto lat temu informatyzacja była równie powszechna co dzisiaj, na pewno nie byłoby problemu zagubionego oryginału dokumentu - po prostu odtworzyłoby się go z zachowanych zapisów elektronicznych.

Wyposażeniem niemal każdego biura jest w dzisiejszych czasach niszczarka dokumentów, która mieli kartki na drobne kawałeczki nie do poskładania z powrotem w dokument. Tylko po co, skoro i tak praktycznie każdy dokument, zanim znalazł się na papierze, prawie na pewno wcześniej był na komputerze? "Wycieknięcie" stamtąd jest dużo łatwiejsze i może się odbyć kompletnie niepostrzeżenie. Po co niszczyć dokumenty, skoro i tak pewnie za wiele lat można je będzie bez problemu odtworzyć z zezłomowanych dysków twardych, archiwów pocztowych, logów serwerów internetowych i zużytych taśm do backupu?

Mieliśmy kilka lat rozwoju edytorów tekstu, programów do prezentacji oraz arkuszy kalkulacyjnych, które dziś pozwalają przygotować dokumenty jednocześnie nasycone treścią i przyjazne w odbiorze. Mieliśmy szybkie doskonalenie sprzętu, a także łącz i pamięci masowych, które te dokumenty następnie pozwalają składować i przesyłać. Teraz nastąpi trend przeciwny, a będzie to równie dynamiczny rozwój technologii, które pozwalają taki dokument nieodwracalnie usunąć, ograniczyć jego ważność w czasie, pozwolić na odczytanie jedynie wybranym osobom albo jednoznacznie zidentyfikować (bądź skutecznie zatrzeć) informacje o autorze i nadawcy.

A rękopisy? One, jak wiemy z wielkiej literatury, nie płoną. Tylko co z tego, skoro rękopisów jako takich jest coraz mniej. Biedni kolekcjonerzy antyków nie mają już czego zbierać, domy aukcyjne - licytować, zaś badacze poezji mogą do woli prowadzić jałowe spory, która wersja danego wiersza jest pierwsza, która zaś późniejsza.


TOP 200