Rejs, czyli samotność bez sieci

Tfu, tfu, odpukać, ale gdy będą Państwo czytali ten felieton, to ja będę gdzieś w Cieśninie Beringa, prawdopodobnie płynąc po linii zmiany daty. A wszystko dlatego, że mam niewyparzony język i nie zastanawiam się, nim coś powiem.

W tym przypadku zaproponowałem kiedyś koledze-oceanografowi, że gdyby potrzebował pomocy na rejsie, to ja czemu nie i owszem. Słowo się rzekło, a teraz kobyłka u płota. A raczej lodołamacz amerykańskiej Straży Przybrzeżnej USCGC "Healy“ (ostatnie "C“ oznacza "cutter“) ma czekać na mnie oraz 54 innych badających oceany. Gdzieś na Aleutach, czyli tam, gdzie kot chodził w butach. Koniec świata. Dosłownie i w przenośni.

"Healy“ jest najnowszym i najnowocześniejszym lodołamaczem US Coast Guard, ale nie oznacza to, że życie na nim usłane jest różami. Przed rejsem musiałem zaopatrzyć się w dwie warstwy ciepłych niewymownych, które nie mogły zawierać bawełny, co w praktyce oznacza jakieś syntetyki. A wszystko po to, by móc włożyć specjalny kombinezon (Mustang suit), bez którego nie pozwalają takim laikom jak ja wyjść na lód ani wiosłować szalupą. Nabyłem też drogą kupna specjalne gumiaki ze stalową wkładką na palcach. To na wypadek, gdyby na pokładzie coś spadło podczas robienia pomiarów. Gatki przydadzą się w czasie polskich zim, podobnie jak i gumiaki - w sam raz na zatłoczony tramwaj w Warszawie. Niech mi ktoś teraz spróbuje stanąć na odcisk!

Gorzej, niestety, będzie z codziennymi przyzwyczajeniami. Życie na okręcie jest bardzo monotonne. Śniadanie o 7-ej, lunch o 11:30, kolacja o piątej. Prysznic wolno brać tylko przez dwie minuty. Żadnego alkoholu, papierosy tylko w wydzielonych miejscach (na szczęście nie palę). Ale udało mi się załapać na jedzenie wegetariańskie - jako jednej z dwu osób w podróży o kryptonimie HLY1001. Opis okrętu wskazuje, że jest na nim dostępne normalne, lądowe napięcie - można będzie używać komputera. Niestety, tylko w lokalnej sieci, bo dostęp do internetu lodołamacz ma poprzez telefon satelitarny Iridium. Osoby skoszarowane na pokładzie mogą korzystać z poczty elektronicznej, ale bez (większych) załączników. W praktyce oznacza to, że nie będę mógł nie tylko wysyłać felietonów (CW w sam raz ma przerwę wakacyjną), ale nawet blogować. Długo o tym myślałem i znalazłem wyjście z tego dołka. Otóż kiedyś przećwiczyłem już wstawianie wpisów do blogu przez Twittera. Istnieją mejlowe bramki do tego ostatniego. O ile więc uda mi się zarejestrować nowy adres z lodołamacza na takiej bramce przed rejsem, to Czytelnicy będą mogli śledzić moje poczynania prawie na bieżąco - w blogu. Zapraszam!

Nie wiem tylko, czy dam sobie radę bez codziennego, porannego czytania newsów w internecie. W tej chwili, nim jeszcze umyję zęby (podobno jedna trzecia rodaków nie robi tego regularnie), to już zaglądam do kilku portali, bo nie potrafię żyć bez informacji o tym, co dzieje się w ojczyźnie. A tu przez pięć tygodni nic. Pustka. Prawdziwa samotność. Podejrzewam, że po powrocie będę musiał udać się na jakiś przyspieszony kurs aktualizacyjny. A może wręcz przeciwnie: okaże się, że metoda "na zimnego Turka“ (ang. cold turkey) będzie świetnym lekarstwem na uzależnienie?

Na początek rozważam znany mi z literatury dylemat, czy najpierw mam przyzwyczaić się do braku internetu, a potem do ciągłego kiwania, czy może wpierw do kiwania, zaś potem do braku połączenia? Znaczy się, od czegoś trzeba zacząć...


TOP 200