Realny człowiek wobec wirtualnego świata

Kim jest stający wobec wirtualnego świata "realny człowiek"? Kim jest człowiek? Kiedy określać go może przymiotnik "realny". Oba człony tego określenia wymagają dalszych rozważań, odpowiedzi na pytanie, w jakim stopniu wieloznaczny rzeczownik "człowiek" jest tu na miejscu. A do tego przecież nie każdy człowiek ma, czy może mieć, czy będzie miał, dostęp do wirtualnego świata.

Kim jest stający wobec wirtualnego świata "realny człowiek"? Kim jest człowiek? Kiedy określać go może przymiotnik "realny". Oba człony tego określenia wymagają dalszych rozważań, odpowiedzi na pytanie, w jakim stopniu wieloznaczny rzeczownik "człowiek" jest tu na miejscu. A do tego przecież nie każdy człowiek ma, czy może mieć, czy będzie miał, dostęp do wirtualnego świata.

Są dane pozwalające przypuszczać, że jesteśmy w sytuacji zaczynającego się rozdwojenia gatunku homo sapiens na dwa podgatunki - homo sapiens virtualis i homo sapiens ruralis. Wyobraźmy sobie dwoje ludzi. Oto pani redaktor jednego z kanałów polskiej TV widzi na ekranie satelitarny przekaz z pielgrzymki papieskiej na Ukrainę. W kadrze pojawia się przekazany przy użyciu technik elektronicznych obraz staruszki w ubogiej sukience, podnoszącej nad głową ikonę na powitanie.

Wyobraźmy sobie drugą parę, która widzi się rzeczywiście i bezpośrednio. Na ciężarówce 19-letni ukraiński żołnierz. Jest przemoczony, głodny, zmęczony i trochę zamroczony alkoholem. Całą noc w tłumie tysięcy innych żołnierzy kubłem sprzątał wodę z terenów lwowskiego hipodromu. Nie powiedziano mu, w jakich przygotowaniach bierze udział. Rano dano mu ćwiartkę chleba i kubek wódki. Teraz z ciężarówki widzi grupę pols- kich harcerek, które maszerują w stronę hipodromu, będą pełniły służbę sanitar- ną. Są w czystych mundurkach, dobrze odżywione, roześmiane, rozśpiewane. W oczach żołnierza są jednak równie nierzeczywiste, jak aktorki amerykańskich filmów z telewizji satelitarnej, oglądanych w koszarowej świetlicy.

Powstał już w USA pierwszy film pełnometrażowy, w którym główną rolę gra tajemnicza aktorka. Jest nie tylko pociągająca erotycznie - jej wielkie oczy o tajemniczym blasku, jej skupiona twarz sygnalizują intrygującą osobowość. Tej aktorki nie ma w rzeczywistości, została stworzona za pomocą elektronicznych technik kreacji obrazów, podobnie jak gady ze znanego filmu Jurasic Park Stevena Spielberga.

Samuel Huttington, pisząc Zderzenie cywilizacji nakreślił granicę tnącą Ukrainę na część należącą do kręgu europejsko- -łacińskiego, i drugą, należącą już do świata bizantyjsko-rosyjskiego, sięgającego aż po Kamczatkę, Sachalin, Wyspy Kurylskie. W swoich rozważaniach o ograniczeniach, jakie spotyka westernizacja i modernizacja globalna, S. Huttington zatrzymał się krok przed przepaścią. Nie doszedł do stwierdzenia, że jesteśmy w sytuacji zaczynającego się rozdwojenia gatunku homo sapiens na dwa podgatunki - homo sapiens virtualis i homo sapiens ruralis. Pani redaktor i harcerki można uznać za osobniki podgatunku virtualis. Nie istniejąca, ale robiąca wrażenie realnej osoby aktorka, zrodzona w komputerach, również zapewne dałaby się zaliczyć do tego podgatunku, chociaż nie jest bytem, a tylko zjawiskiem.

Staruszka z ikoną, która pojawiła się na ekranie, żołnierz w ciężarówce należą do drugiego podgatunku. Bardziej to przekonywające niż akcentowanie skrajności. Nie trzeba szukać jednych przykładów w Krzemowej Dolinie, a drugich w lasach Nowej Gwinei. Bliscy sąsiedzi są już daleko od siebie.

Linie podziału tylko w pierwszym przybliżeniu mogą być definiowane geograficznie. Cywilizacja euroatlantycka jest sobą aż do granic własnych slumsów, faweli, dzielnic nędzy. Tam żyje "człowiek wiejski". Podgatunek "człowieka wirtualnego" obejmuje za to sytych, wykształconych, bogatych, mieszkających bezpiecznie w miastach krajów ubogich, odtrąconych.

Podgatunek "człowieka wirtualne- go" to populacja osobników bardziej ruchliwych, odżywiających się pokarmami wysokobiałkowymi. Podgatunek ten uczestniczy w samorekonstrukcji genetycznej, przeważnie żyje w środowisku sztucznym, ma dostęp do quasi-rzeczywistości kreowanej za pomocą elektronicznych technik przetwarzania informacji pozagenetycznej. Typową niszą ekologiczną osobników tego tworzącego się podgatunku są pomieszczenia klimatyzowane, zaopatrzone w ekrany i głośniki, położone w przestrzeniach i strefach strzeżonych. Wysoko rozwinięta higiena, medycyna, etyka i systemy ubezpieczeń ograniczają naturalną selekcję w tym podgatunku. Charakteryzuje się on wysokim zużyciem energii, pochodzącej spoza jego organizmu, i obfitą produkcją odpadków, których masa wielokrotnie przekracza jego naturalne ekskrementy.

Drugi podgatunek to ogólnie mówiąc reszta gatunku homo sapiens. Ukraińscy żołnierze sprzątający wiadrami wodę z lwowskiego hipodromu to zapewne protoplaści pokoleń, należących już do zmodyfikowanej biologicznie odmiany ruralis. Ta biedna, ale liczna reszta ma ograniczony, limitowany dostęp do wnętrza niszy ekologicznej poprzednio zdefiniowanego podgatunku, co minimalizuje wzajemną wymianę informacji genetycznej. Osobniki podgatunku ruralis - człowiek wiejski - przeważnie mają trudności ze zdobyciem wystarczającej ilości pokarmu, odżywiają się pokarmami zawierającymi dużo skrobi i błonnika. Naturalna selekcja tego podgatunku tylko w niewielkim stopniu jest ograniczana czynnikami higieny, medycyny, etyki i ubezpieczeń. Informacja pozagenetyczna pochodząca z niszy homo virtualis, w tym specjalnie przygotowana informacja mitotroniczna, steruje osobnikami i grupami podgatunku niedożywionych w sposób utrwalający i przyspieszający bifurkację, czyli rozdzielenie strumienia bytu gatunkowego na dwie niezależnie odnogi. Czas procesu bifurkacji w przypadku gatunków zwierzęcych i roślinnych to setki tysięcy lat, miliony, dziesiątki milionów. Różnie to bywało, zależało od wielu czynników, takich jak częstość występowania mutantów w populacji, dynamika zmian środowiska. Jesteśmy takim dziwnym gatunkiem, który sam powoduje przyspieszenia swojej ewolucji przez majstrowanie przy genach, podniesienie stopnia napromieniowania (a to stymuluje mutacje) i naruszanie równowagi ekologicznej i klimatycznej. Jednocześnie następuje instytucjonalne wzmacnianie barier odgradzających wielostopniowo (system dekompresji kaskadowej) nisze ekologiczne obydwu podgatunków - przykład takiej kaskady - potrójny system domofonów broniących coraz bardziej zewnętrznych stref - mieszkania - budynku - osiedla, wzmocniony obecnością strażników agencji ochrony, a na zewnątrz jeszcze granice, których szczelność jest wzmocniona ustaleniami układu z Schengen. Nie czujemy tych barier, póki nie musimy ich pokonywać, upowszechnia się jednak świadomość odgrodzenia. Młody niemiecki publicysta zauważył:

"System schengenowski dawno już przybrał wymiar globalny. O tym, gdzie i komu wolno mieszkać, nie powinien decydować przypadek ani los jednostkowy. Po zawarciu niemiecko-rumuńskiego Çporozumienia o powrocieČ z roku 1991 Europa schengenowska dąży do zawarcia wielu takich umów z potencjalnymi krajami tranzytowymi i krajami pochodzenia. W zamian za prawne ułatwienia w kontaktach z Unią Europejską lub za bezpośrednią pomoc finansową, rządy zobowiązują się do przyjęcia każdego wydalonego obywatela swojego kraju. Takie porozumienia zostały zawarte z ponad 100 państwami; chodzi tu przede wszystkim o państwa afrykańskie i azjatyckie, które od czasu umowy amsterdamskiej podlegają ogólnemu obowiązkowi wizowemu". (Velten Schaefer, Hasło Europa: Schengen w Kafka Kwartalnik Środkowoeuropejski).

Ponieważ minimalizowane są kontakty wzajemne tworzących się podgatunków, wiedzą one nawzajem o sobie coraz mniej. Wiedza pochodzi coraz bardziej z mediów, zapisu elektronicznego, w jakimś stopniu jedna część ludzkości staje się dla drugiej rzeczywistością wirtualną. Ludzie dla ludzi stają się zjawiskami, tracą konkretność bytu. Obrazy ludzi z krwi i kości i ludzi z komputera róż- nią się coraz mniej.

Człowiek wirtualny zmierza do życia w bezpiecznej kapsule, człowiek wiejski pozostanie na wsi, ale ta wieś będzie w coraz większym stopniu śmietniskiem zalewanym ściekami, będzie nękana skażeniami powietrza i katastrofami klimatycznymi powodowanymi przez "braci z kapsuły". Bidonville, fawele, slumsy to nic innego jak zwyrodniałe przez koncentrację i oderwanie od zajęć rolniczych środowiska wiejskie. Kto będzie "człowiekiem realnym": ten wiejski czy ten wirtualny?

Realny człowiek - kto to jest? Człowiek rzeczywisty, uznawany za rzeczywistego, czujący swoją rzeczywistość, identyczność, tożsamość. To zjawisko uznania, rozpoznania, nazwania własnej czy wzajemnej rzeczywistości ma zawsze charakter społeczny. W języku Biblii "poznać" jest identyczne ze "współżyć" - współżyć w małżeńskim czy choćby plemiennym wymiarze. O ile podgatunek ruralis często jest związany jeszcze silnymi relacjami plemiennymi i rodzinnymi, o tyle podgatunek homo sapiens virtualis coraz częściej żyje samotnie lub czuje się samotny. Nie tak dawno czytałem w Rzeczpospolitej informacje o sytuacji we Francji, gdzie ustabilizowała się tendencja wzrostu liczby "jednoosobowych gospodarstw rodzinnych".

Syty człowiek miejski, człowiek sprzed ekranu, ma poczucie uwikłania w liczne role społeczne - pracownika, nabywcy, dłużnika, wyborcy, pracodawcy, konsumenta, posiadacza, mieszkańca. Ma jednocześnie poczucie, że w kolejnych sytuacjach społecznych oczekuje się od niego pełnienia roli, a nie bycia sobą. Aby zakomunikować komukolwiek swoje istnienie, musi wynająć psychoterapeutę. Kultura w posttotalitarnym, postmodernistycz- nym, postoświeceniowym kryzysie nie żywi go poczuciem sensu, nie wzywa go do uczestnictwa we wspólnocie. Nakazuje mu bycie wolnym, wzywa go, aby bronił się przed manipulacją, a jednocześnie sygnalizuje, że wolność jest udręką dokonywanych w pustce i samotności wyborów, a przed potęgą coraz bardziej wyszukanej socjotechnicznie manipulacji nie ma ucieczki.

Biedne ukraińskie żołnierzyki są może bardziej manipulowane niż ja, ale myślę, że to nie jest ich życiowy problem. I zamartwianie się problemem wolności dopada ich raczej tylko wtedy, gdy trafiają do aresztu. Mają za to mocne poczucie, że to wszystko prawda - że realna jest ćwiartka chleba, błoto w butach, mokre ciuchy na grzbiecie. Że sami są realni aż do bólu urobionych czerpaniem rąk i pochylonego grzbietu. W koszarach mają pewnie świetlicę z telewizorem. Może nawet mają jakieś poczucie wolności, wybierając między rosyjskimi a ukraińskimi kanałami. Czy filmy amerykańskie nie są dla nich rzeczywistością wirtualną?

Wewnątrz "kapsuły sytych" kontakty osobiste ulegają stopniowej redukcji i formalizacji, bierzemy pieniądze z bankomatu i wydajemy w supermarkecie, gdzie pomiędzy ludźmi stoją formalności kodu kreskowego, karty kredytowej, kasy fiskalnej, systemu elektronicznych zabezpieczeń przed kradzieżą. Potem zaczynamy kupować przez Internet. Rzeczywistość dematerializuje się i materializuje ponownie dopiero w kontakcie z naszym ciałem - wtedy mydło się pieni, pokarm ma smak, muzyka - brzmienie, partner seksualny - swoje odruchy i identyczność. Długotrwałe kontakty z rzeczywistością wirtualną próbują nas jednak przekonać, że mydło z ekranu pieniło się lepiej, chipsy były smaczniejsze, a partnerzy seksualni - piękni jak bogowie i boginie. Pożądamy tego, co pokazuje ekran, i jako surogat przyjmujemy nasze realne życie. Unieważniamy teraźniejszość z obsesyjną, technologiczną nadzieją na to, że w przyszłości uda się nam przejść na drugą stronę ekranu, do wirtualnego raju. Ludzie realni czują się gorsi od zjaw z ekranu. Podświadomie chcieliby już być zjawami. W tym czasie homo sapiens ruralis może jeszcze na bazarze wymieniać towar za towar, targując się, patrząc sobie w oczy, próbując towarów, przybijając dłonią zawarcie transakcji, widząc się wzajem, wąchając zapach potu, zapamiętując twarze do następnego, już nie anonimowego spotkania. Tu się cierpi, ale ceni sobie każdą przyjemność teraźniejszą w ponurym i często uzasadnionym przeczuciu, że jutro będzie gorsze.

Zetknięcie z rzeczywistością wirtualną w tych dwu podgatunkach ma odmienny stopień stężenia i charakter. Gdyby porównać z czytelnictwem, można by powiedzieć, że w pierwszej strefie są osoby, które same kompletują sobie biblioteki, w drugiej - osoby, które mają ograniczony dostęp do starannie przebranych księgozbiorów. Gdyby porównać je z zatruciem, można by powiedzieć, że w pierwszej strefie są osoby same wybierające sobie narkotyki i sięgające stopniowo ku coraz bardziej twardym halucynogenom, w drugiej - osoby skazane na przebywanie w strefie skażonej, zatruwające się wbrew swojej woli, często bezwiednie.

Nawet wolność słowa, swoboda prasy, systemy telewizji satelitarnej nie są gwarancją swobodnego przepływu informacji. Elity polityczne, a przede wszystkim elity ekonomiczne decydują, co nadawać, komu co proponować. Rzadziej decyduje wolność wyboru, częściej - skuteczność promocji. Skoro gęstnieje bariera, rośnie dystans, przepływ informacji pomiędzy niszami ekologicznymi zamieszkiwanymi przez dwa inicjujące swoje istnienie podgatunki musi być ważnym interesem dla decydentów zarządzających barierami podziału. "Wiejscy" będą przedstawiani "braciom z kapsuły" w sposób zmitologizowany i wzajemnie - jeszcze więcej elementów sterowania, czyli manipulacji będzie w wizji "ludzi wirtualnych" przedstawianej tłumom z faweli. Model tego widać analizując działy plotek o świecie filmu, muzyki rozrywkowej, mediów w kolorowej popularnej prasie. To jest prawda o "górze" spreparowana na użytek "nizin", wersja wirtualna nie tylko na sprzedaż, ale i dla wymuszenia określonych zachowań w rolach nabywców, wyborców, pracowników. Programy typu BigBrother to przykład, jak "góra" preparuje dla "nizin" wiedzę o "nizinach", czyli samowiedzę. Coraz bardziej w cenie są realni ludzie, dobrze udający idealne zjawiska ekranowe.

Elity globalnych nadawców to przede wszystkim osobniki homo sapiens virtualis. To te elity wytwarzają rzeczywistości wirtualne dla obydwu podgatunków, przy czym do wielu osobników odmiany ruralis rzeczywistość wirtualna przenoszona nośnikami elektronicznymi nie dociera wcale, a do pozostałych trafia już wyselekcjonowana, a więc mniej zróżnicowana, często użyta jako narzędzie manipulacji mitotronicznej.

Ludzie, tacy jak Alvin Toffler, widzą przyszłość w tym, że informacja staje się nie tylko najważniejszym, najbardziej pożądanym towarem, ale również bo-gactwem rodzącym bogactwo, towa- rem, którego nie ubywa w akcie sprzedaży. Mniej pisze się o tym, kto potrafi wydobywać z informacji bogactwo - i czyim kosztem. Sprawy informacji, która jest towarem, bogactwa, które ona przynosi, zamazują inną, bardziej intymną sprawę. Ja jestem informacją. Moja świadomość, mój charakter, moja dusza, moje sumienie - to wszystko nazwy jakichś zbiorów informacji przyporządkowanych mojej osobie. Bodźce wpływające przez moje zmysły, natchnienie idące od Boga, diable kuszenia, informacje z mediów, obrazy świata wirtualnego i realnego, treści i formy z dzieł kultury to też informacje, które we mnie dodają się do już istniejących tam, we mnie właśnie, częściowo w mózgu, częściowo w świętych obcowaniu informacji. Czy tyle, czy jeśli się to wszystko weźmie w klamrę nawiasu, można będzie coś sądzić o uczestnictwie osoby w czymkolwiek stadnym, plemiennym, społecznym, wspólnotowym? Bogać tam. Przecież jest jeszcze informacja zawarta w fizjologii, w moim kodzie genetycznym, w stanie organizmu łącznie z enzymami trawiennymi, działaniem wszystkich gruczołów dokrewnych, specyfiką budowy mózgu. To, co jest we mnie, jest równie skomplikowane, dziwne, niepoznawalne jak reszta świata. Znane po łebkach, z przekłamaniami, odpryskami takiej czy innej mitologii i przesądów. To, że sam dla siebie jestem realny, to nie wynik poznania, ale przyjęcie pewnej hipotezy roboczej. Tylko realność cierpienia na zawsze wiąże mnie z rzeczywistością. Czy jednak na zawsze? Rozwój medycyny, chirurgicznych i farmakologicznych środków walki z bólem może oderwać mnie od cierpień fizycznych. A cierpienia duchowe? Czy realne byłoby cierpienie wywołane zakochaniem się w wirtualnej zjawie ekranowej?

A moje współczucie wobec ginących w katastrofie ludzi i ich osieroconych rodzin? Co jest etycznie warte takie współczucie, jeśli pokazano mi doskonale wykreowany komputerowo obraz powodzi czy pożaru?

Mówiąc "jestem" - niewiele więc wiem, kim i jak jestem. Stoję jak bocian w ruczaju w strudze świadomości. Wiedza niepewna o oddalającej się części ludzkości jest jakimś wątkiem tej strugi. Innym wątkiem mojej świadomości jest wiara - a z niej wynika przecież, że Bóg chce, abyśmy byli jedno. Czy możemy być jedno, nie będąc razem? Czy można kochać bliźniego, znając tylko jego obraz wirtualny? w

Piotr Wojciechowski jest pisarzem, publicystą, krytykiem filmowym.

Tekst będzie stanowił wprowadzenie do dyskusji panelowej "Realny człowiek w wirtualnym świecie", która odbędzie się podczas 17. Jesiennych Spotkań PTI w Mrągowie (19-23 listopada 2001 r.). Konferencja odbędzie się pod hasłem "Zastosowania sztucznej inteligencji". Więcej o konferencji można przeczytać na stronie www.pti.org.pl (pod tym adresem znajduje się również formularz zgłoszeniowy). Patronat nad konferencją objął Computerworld.


TOP 200