Re: Zarzynanie Internetu

Wydawałoby się że życie anarchisty pozbawione jest wszelkich stresów. Taki anarchista to cznia sobie wszystko i wszystkich, a Państwo przede wszystkim. Właściwie powinienem napisać ''państwo'', bowiem prawdziwi anarchiści państwo mają za głównego wroga.

Wydawałoby się że życie anarchisty pozbawione jest wszelkich stresów. Taki anarchista to cznia sobie wszystko i wszystkich, a Państwo przede wszystkim. Właściwie powinienem napisać ''państwo'', bowiem prawdziwi anarchiści państwo mają za głównego wroga.

Tymczasem wyżej podpisany został przez zrządzenie losu i ludzką życzliwość zamieszany w aferę skali państwowej. Od jakichś trzech tygodni co otworzę swoją skrzynkę poczty elektronicznej, to wylewa się z niej potok narzekań, że ktoś komuś chce zrobić źle. Głównie zabierając pieniądze. Nic w tym dziwnego, bo przecież państwo cały czas pieniądze nam zabiera. I taka jest jego rola w tej grze.

Patrząc z punktu widzenia człowieka, który polskiej gałęzi Internetu używa tylko do wchodzenia w specjalizowaną sieć informacji, prowadzoną przez firmę Apple pod nazwą "eWorld", cały ten szum wydaje mi się nieco rozdęty. Przez parę lat, by wysłać list elektroniczny do współpracowników w USA lub ściągnąć potrzebne oprogramowanie, musiałem dzwonić do Sztokholmu, płacąc za każdą minutę połączenia telefonicznego 1,5 PLN oraz dodatkowo 40 USD za godzinę używania serwera. W skali miesiąca i sumarycznego czasu połączenia na poziomie paru godzin dawało to koszty do 10 mln starych złotych. Cóż, jak człowiek prowadzi jakąś działalność to powinien sobie dobrze skalkulować. Mnie się opłacało, TP S.A. też zarabiała, a moi klienci mieli wszystkie nowości szybciej niż u autoryzowanych sprzedawców. Wszyscy byli szczęśliwi.

Aż tu któregoś dnia mój wspólnik odkrył, że eWorld, następca AppleLinka, jest dostępny poprzez SLIP. Godzina tej nowej zabawki też była tańsza - wiadomo, że konkurencja nie śpi i trzeba obniżać ceny - tylko 10 USD. Tak w każdym razie dzieje się w USA, a tym razem cena usługi w USA i w Warszawie o dziwo była taka sama. Zsumowaliśmy ze wspólnikiem parę liczb i doszliśmy do wniosku, że opłaca się założyć konto internetowe, wziąć dolarową kartę kredytową i otworzyć dostęp do eWorlda. Poprosiliśmy firmę Apple o przysłanie oprogramowania i zaczęliśmy życie internetowe.

Nie powiem, Netscape sobie kupiłem (ilu Czytelników CW zapłaciło za ten program?!), StuffIt też i czasami łączę się z innymi serwerami, np. firmy Hewlett-Packard, ściągając oprogramowanie, które jest niedostępne u polskich sprzedawców. Daje to zresztą wymierne korzyści, bo taki sam skaner do Macintosha kosztuje w Warszawie więcej niż do peceta. Podobno trzeba go specjalnie sprowadzać z Wiednia. A tak oprogramowanie leci po drucie i wszystko gra!

Teraz mi piszą, że profesor Hofmokl też chce mieć czerwone Audi jak zarząd spółki TP S.A. Ja mu tam nie bronię - auto dobre, ale kolor nieco wyzywający. Choć podobno 95% ruchu na łączach NASK-u generowane jest przez naukę. Oczywiście KaBaN więcej kasy nie da na "badania" nagich panienek i wyszukiwania atrakcyjnych miejscowości wypoczynkowych, więc pewnie znowu sięgnie się do kieszeni użytkownika nieedukacyjnego - czyli mojej.

Tego bardzo nie lubię. Nie rozumiem tylko po co protestować. Jak zauważyłem, protesty wysyłają głównie ci, co mają Internet za darmo lub bez ograniczenia czasowego, więc generują potężny ruch na łączach. Jedna pani z Nowego Jorku to nawet mnie poinformowała, że tamtejsza gazeta polonijna aż trzęsie się z oburzenia. Nie wspomnę o prasie krajowej, telewizji i macierzystej gazecie. Wszyscy biją pianę równo, niektórzy już nawet z tego bicia dobre źródełko dochodu sobie zrobili. A ja za te protesty płacę - każda minuta wczytywania listów (długich, bo długie są w nich listy adresowe) to całe 41 groszy.

Widzę jeden, najprostszy sposób uniknięcia zbyt długiej ręki monopolisty. Wystarczy zrezygnować z jego usług. Co wszystkim protestującym serdecznie polecam. Na szczęście firma ATM, w której mam konto, myśli podobnie i rozważa dzierżawienie własnej linii zagranicznej.

Przy okazji proszę o niewysyłanie do mnie kolejnych protestów. I tak ich nie czytam.