Raj utracony

Wyobraźnia ludzka jest ograniczona. Napisałem poprzednie zdanie i zdałem sobie sprawę, że to nie jest tak dokładnie i tak po prostu

Wyobraźnia ludzka jest ograniczona. Napisałem poprzednie zdanie i zdałem sobie sprawę, że to nie jest tak dokładnie i tak po prostu.

Otóż, potrafimy wyobrażać sobie pewne rzeczy zupełnie fantastycznie. Na przykład widzimy oczyma duszy smoki jako uosobienie Zła i nawet oczekujemy Sądu Ostatecznego, choć nie mamy żadnych przesłanek, że jego czas kiedykolwiek przyjdzie. Ba, w tym duchu wypowiadają się nie tylko osoby duchowne, jak ks. Boniecki, wspominany z sympatią w moich felietonach już dwukrotnie, ale także osoby, które o wiarę, czyli nieograniczoną wyobraźnię, trudno byłoby posądzać, jak na przykład redaktor Michnik (http://www1.gazeta.pl/wyborcza/1,34474,1743871.html ). Z drugiej strony nie bierzemy pod uwagę możliwości zdarzenia się sytuacji, które już w przeszłości miały miejsce, i choć mało prawdopodobne, to jednak wydarzyć się znowu mogą.

Dobrym przykładem jest podróżowanie samochodem. Jak wiadomo inni mają wypadki, my jeździmy wspaniale. Jeśli dom nasz stoi nieopodal rzeki, to mało kto wyobraża sobie możliwość zalania wodą lub wręcz całkowitego zniszczenia siedziby. Dopiero wiosenne powodzie przywołują nas często gęsto do porządku. Podobnie zdarzyło się w trakcie ostatnich pożarów w południowej Kalifornii. Od lat wiadomo że jesienią coś się tam pali. Co roku oglądamy w telewizji efektowne zdjęcia szalejących płomieni i dzielnych strażaków, którzy je polewają, choć bez specjalnego przekonania, bo woda niewiele może tu pomóc. Ogólnie jednak obszar kalifornijskiego wybrzeża między granicą z Meksykiem a powiedzmy San Francisco jest uważany za jedno z najlepszych miejsc do życia na ziemi. Owszem, czasami ziemia się tam trzęsie, ale nawet raj nie musi być doskonały.

Tym większe było więc zaskoczenie, gdy w tym roku pożary pojawiły się w kilku miejscach naraz i to w dodatku bardzo blisko gęsto zabudowanych osiedli. Jedna osoba z Warszawy bardzo się zdziwiła, gdy jej uświadomiłem, że miejsce, gdzie w San Diego mieszka moja żona, nie było odległe od pożarów jak Warszawa od Kielc, tylko jak Śródmieście od Mokotowa. Tym bardziej więc muszę publicznie moją żonę pochwalić. Zachowała się więcej niż poprawnie i plan ewakuacji na z góry upatrzone pozycje miała przygotowany bez zarzutu. Piszę o tym w piśmie komputerowym, gdyż jestem ciekaw, ilu spośród Czytelników, zamiast nerwowo pakować komputer, zrobiłoby po prostu kopię wszelkich danych na CD-R, zapakowało tych kilka krążków do torebki i wyszło z domu, zostawiając sprzęt, oczywiście wyłączony, bo w okresie kataklizmu trzeba oszczędzać prąd?! Moja dzielna żona tak właśnie zrobiła i za to chwalę ją przed frontem kompanii. Na szczęście, jej dom się nie spalił i miała gdzie wrócić. Z danymi. Moja szkoła przetrwania.

Tymczasem dziś już wiadomo że większość ofiar pożarów to skutek braku wyobraźni. Ludzie czekali do ostatniej chwili z ewakuacją, a kiedy wreszcie decydowali się opuścić dom, to albo zabierali za dużo rzeczy i ich pakowanie oraz waga ograniczały szybkość ucieczki, albo zabierali się do uciekania w ogóle za późno. Płomienie roznoszone wiatrem o prędkości podmuchów ponad sześćdziesiąt kilometrów na godzinę to jest piekło, któremu nic się nie oprze. Nawet raj. A może właśnie szczególnie raj. Dlatego warto być przygotowanym. Nie tylko w wyobraźni, ale przede wszystkim mieć świadomość, co naprawdę jest nam potrzebne w życiu, a co jest li tylko przedmiotem nabytym i zbędnym. Mam nadzieję, że wszyscy Czytelnicy CW mają przygotowane takie listy niezbędników. Na mojej pod numerem pierwszym są dane, czyli informacja.