Radio ma Ryśka

Dwa lata temu napomknąłem1, że lubię w pracy słuchać internetowego radia - jako metody testowania jakości połączenia mego biura ze światem.

Dwa lata temu napomknąłem<sup>1</sup>, że lubię w pracy słuchać internetowego radia - jako metody testowania jakości połączenia mego biura ze światem.

Niestety, 25 czerwca tego roku radio ucichło<sup>2</sup> na cały dzień. Nie był to jednak skutek popsucia się internetu (czy internet może się w ogóle popsuć?!), tylko protest przeciwko cenowym zapędom właścicieli praw do muzyki. Brak fonii miał uzmysłowić słuchaczom, że nie ma nic za darmo.

Nawet w najprawdziwszej gospodarce rynkowej USA istnieje urząd, który reguluje wysokość opłat za prawa autorskie. CRB (Copyright Royalty Board), a raczej zbrojne ramię o nazwie SoundExchange, powstały<sup>3</sup> po to, aby właścicielom praw autorskich zapewnić dochody z odtwarzania ich utworów. Pełnią podobną rolę do KRRiTV oraz ZAIKS-u, zajmujących się w Polsce zbiorowym zarządzaniem prawami autorskimi. W marcu tego roku, po wielomiesięcznych rozważaniach, CRB ustaliło jednolite, wyższe opłaty dla nadawców internetowych. Na przykład, minimalna opłata za jeden strumień wynieść miała $500<sup>4</sup>. Niby nie jest to dużo, ale dla mojej ulubionej radiostacji GospelTwang<sup>5</sup> nawet taka mała kwota mogłaby okazać się przeszkodą nie do przeskoczenia. Ile bowiem płatnych reklam może przyciągnąć muzyka country z odcieniem gospel?! Nie jestem zbyt chętny do kupowania takiej muzyki. Ostatecznie zawartość internetu powinna być darmowa, prawda? Gdy w strumieniu będzie za dużo gadania, a za mało muzyki, to przełączę się na inną stację. Jak w normalnym radio.

Nic więc dziwnego, że duzi nadawcy zebrali swoje żale do kupy i postanowili zaatakować. Znaleźli kilku senatorów, którzy w maju wprowadzili pod obrady Senatu USA tak zwany The Internet Radio Equality Act<sup>6</sup>. Aby wzmóc akcję lobbystyczną, w czerwcu zdecydowano się przerwać nadawanie na cały dzień. Działanie okazało się skuteczne i wygląda na to, że CRB ograniczy nadawcom opłaty roczne do $50<sup>7</sup>. To w dalszym ciągu sporo kasy. Internetowi radiowcy woleliby raczej płacić procent od przychodów. Denerwuje to właścicieli praw autorskich, bo niby dlaczego cena uzyskiwana za jedną piosenkę ma zależeć od sprawności marketingowej nadawcy? To trochę tak, jakby ceny książek miały być związane z przychodami księgarni. Choć takie właśnie warunki wynegocjowali nadawcy radia satelitarnego - płacą oni 7,5% od swoich przychodów jako opłatę za prawa autorskie do nadawanych utworów. Tak też od lat robi radio klasyczne, zwane u nas naziemnym. Nie wiadomo dlaczego CRB, prawdopodobnie na żądanie RIAA, dyskryminuje nadawców internetowych. Należy przypuszczać, że wszystkiemu winna jest cyfrowa natura internetu, czyli możliwość doskonałego kopiowania utworów.

W jednym z najlepszych dramatów Szekspira niejaki Ryszard III proponuje królestwo za konia. Cóż, kiedy człowiek jest zdesperowany, każda cena może okazać się akceptowalna. Słuchacze radia internetowego, a takich w USA jest podobno 70 mln, mają jednak jeszcze inne możliwości. Zawsze można przeprosić się ze starym pudłem, które nadaje za darmo i z niewielką liczbą reklam. Niestety, w Polsce trzeba płacić przymusowy abonament za radio. Z owych opłat korzystają publiczni nadawcy, realizując tzw. misję. Rodzima, misyjna radiostacja country gospel z Torunia<sup>8</sup> utrzymuje się sama. Choć akurat jej nie będę nigdy słuchał, nawet gdyby mi dopłacali.


TOP 200