Pstryk i już

Przechadzając się ulicami mojego miasta, mijam domy stare i jeszcze starsze. Wystarczy się na chwilę zatrzymać, spróbować wyłączyć się z ulicznego gwaru, wytężyć słuch, a słychać historie, które dom opowiada. Historie o ludziach, którzy dom wybudowali, o tych, którzy tu się urodzili, mieszkali, kochali, nienawidzili, umierali. I zanim przejeżdżający tramwaj swoim piskiem i zgrzytem zagłuszy tę opowieść, usłyszeć można kilka historii ciekawych, kilka nudnych i wiele całkiem zwykłych.

Przechadzając się ulicami mojego miasta, mijam domy stare i jeszcze starsze. Wystarczy się na chwilę zatrzymać, spróbować wyłączyć się z ulicznego gwaru, wytężyć słuch, a słychać historie, które dom opowiada. Historie o ludziach, którzy dom wybudowali, o tych, którzy tu się urodzili, mieszkali, kochali, nienawidzili, umierali. I zanim przejeżdżający tramwaj swoim piskiem i zgrzytem zagłuszy tę opowieść, usłyszeć można kilka historii ciekawych, kilka nudnych i wiele całkiem zwykłych.

Osią tych opowieści jest właśnie dom, który ktoś postawił sto albo i więcej lat temu - potężna, kilkupiętrowa budowla z własnym stylem i charakterem. To on sprawia, że obcy mi ludzie stają się na chwilę bliżsi, pomimo dzielących nas pokoleń. Dom jest ucieleśnieniem jakiejś myśli i jakichś historii, które trwać będą tak długo, jak długo dom ów stoi.

Gdy patrzę na budynki mojego miasta, myślę, że historie naszego pokolenia nie będą równie trwałe, jak historie ludzi sprzed stu lat. Brak im bowiem materialnego nośnika, takiego jak dom. Mamy radio, telewizję, komputery i sieci, ale czy coś z tego przetrwa do jutra? Przecież największy cybercud naszej cywilizacji, Internet, to pod względem materialnym tylko plątanina kabli, a całe jego piękno i geniusz tkwią w informacjach, które w danej chwili przepływają w te i z powrotem.

Pochodzę z nauczycielskiej rodziny. "Dzieła" moich rodziców to wykształcenie konkretnych osób. Nie jest ono może tak trwałe jak dom, ale trwalsze niż chwila. Spotykam czasami ludzi, którzy, dowiedziawszy się jak mam na nazwisko, pytają: "A może jesteś rodziną pani profesor?", dając mi w ten sposób odczuć trwałość dokonań moich rodziców. A czymże wielkim są moje dzieła? Mozaiką namagnetyzowanych okruszków na blaszanym talerzu wirującym z ogromną prędkością w puszce z argonem? Ścieżkami mikroskopijnych dziurek wypalonych laserem na srebrnym krążku? Serią skoków napięcia w kablu, melodią pisków tak krótkich i niewiele różniących się od siebie, że w uchu człowieka zlewają się w jeden szum?

Żyjemy w cywilizacji jednorazowego użytku. Już nie tylko jednorazowe widelce i talerzyki, ale także jednorazowe żelazka i garnki (bo bardziej opłaca się kupić nowe niż reperować stare). Nawet komputer, symbol naszych czasów, stał się jednorazowy, bo po dwóch, trzech latach nadaje się wyłącznie na śmietnik.

Odkopując grobowce i świątynie starożytnych poznajemy to, co ich cywilizacja miała najlepszego, bo dawni ludzie to, co dla nich najcenniejsze, czynili jednocześnie najtrwalszym. My zaś, zaklinając najcenniejsze nasze dzieła w bitach, ryzykujemy, że archeologowie przyszłości nie będą mogli ich poznać, tak jak my nie potrafimy do dziś odczytać wielu starożytnych inskrypcji. To, co na pewno zostanie po nas, to kilometry sześcienne wysypisk. Może się więc zdarzyć, że tak jak my używamy określeń "cywilizacja naczyń rurkowych" na określenie jakiegoś ludu, który zapewne robił coś więcej niż naczynia, tak na określenie naszej cywilizacji będą kiedyś używać frazy "cywilizacja śmietników". Chyba trochę szkoda, prawda?

Niektórzy koniec naszej cywilizacji przedstawiają jako gromkie "bum!" - głośne i spektakularne, jak wojna jądrowa albo uderzenie asteroidy. A ja myślę, że końcem naszej cywilizacji będzie cichutkie "pstryk", kiedy ktoś po prostu na dobre i nieodwołalnie wyłączy prąd. Bo przecież nawet te nośniki, które zasilania nie wymagają (jak choćby dysk kompaktowy) wymagają urządzeń elektrycznych do odczytu. Wtedy nasze siedem cudów infoświata stanie się całkowicie bezużyteczne, tak jak bezużyteczny byłby najlepszy samochód w świecie bez benzyny i dróg.