Przynależność

Czasami warto należeć do takiej czy innej organizacji. Zawsze to jakoś konsoliduje ludzi wokół wspólnej sprawy, dając wsparcie, chociażby tylko w sferze ducha.

Lokalny Informatyk miał w swym życiu bardzo krótki epizod z harcerstwem, ale skończyło się na jednej tylko zbiórce, kiedy to jakiś nadęty drużynowy, w sposób dosyć obcesowy, przyczepił się do Lokalnego o niezapięty guzik w kieszonce. Lokalny od małego nie cierpiał takiego traktowania, więc z organizacją tą zerwał. W późniejszym wieku przystąpił do dwóch organizacji. Jedna to US, a druga ZUS. Nie przystępował dobrowolnie, tylko z przymusu, bo podobno wszyscy muszą. Taka komuna XXI wieku - front jedności narodu w zasilaniu kiesy państwowej. Dobrze, że choć część włożonych tam środków przeznacza się na informatyzację, bo przynajmniej jest praca dla informatyków. Ludzie mówią, że w ZUS-ie są cudotwórcy i każdą niemal chorobę potrafią w ekspresowym tempie wyleczyć, za to US potrafi wypłacić czasami premię za dobre sprawowanie, czyli używanie internetu czy też obdarowanie kogoś.

Lokalny Informatyk nie musi na razie korzystać z cudownych umiejętności lekarzy zatrudnionych w ZUS-ie, bo ogólnie jest zdrowy. Niemniej, ostatnio zdarzyła mu się przypadłość (a raczej przypadek-wypadek), która na pewien czas wyeliminowała go z życia zawodowego. Lokalny nie ma dublera na swoim stanowisku pracy i - można powiedzieć - czerpie pełnymi garściami ze swej solowej kariery komputerowca w firmie. Gdy po dwóch miesiącach nieobecności powrócił do pracy, okazało się, że firma mimo wszystko działa. Cóż, niezbyt miły zgrzyt na początek. A już Lokalny myślał, że jest niezastąpiony, a tu wszystko działa bez jego udziału. Zaczął się obawiać, że Dyrekcja może z tego wyciągnąć jakieś wnioski.

Ale w rzeczywistości były to tylko pozory poprawnego działania. Okazało się, że podczas jego nieobecności jednak pojawiły się problemy. Dwa komputery odmówiły współpracy i trzeba było wzywać serwis zewnętrzny, co jak się w rachunku przedstawiło, kosztowało nieźle. Trzeba było wymieniać tusze i tonery w drukarkach, więc znowu kosztowny serwis zewnętrzny. Ale najgorsza sprawa wyszła z raportami. Zmieniły się wymagania co do zawartości, a tu nie miał kto tego zrobić. Normalnie tragedia. Serwis od drukarek nie chciał się tego podjąć, co dla Dyrekcji było całkiem dziwne, bo przecież raporty są w postaci drukowanej. Doszło nawet do tego, że Szef Naczelny oznajmił buńczucznie, iż chyba osobiście będzie musiał się za to zabrać. Ale prawdopodobnie z przyzwyczajenia pomyliło mu się osobiste uczestnictwo, nadzór czy uświetnianie z wykonawstwem. W każdym razie przez ten czas pracowano na niewłaściwych raportach i też nic wielkiego się nie stało. Czyli można, prawda?

Więc dlaczego, pytam się, zawsze jest problem, gdy informatyk zakładowy chce wziąć kilka dni wolnego?


TOP 200