Protest na znak jakości

Pozwolę sobie niniejszym zaprotestować. Sprzeciw dotyczy uznawania ekwiwalencji tytułów zawodowych informatyków pośród absolwentów różnych uczelni. Uważam, że wielu młodych ludzi nie zasługuje na tytuł magistra czy inżyniera, a pomimo tego uczelnie ich nominują. I jest to prztyczek w nos dla całej reszty solidnie wyedukowanych informatyków.

Pozwolę sobie niniejszym zaprotestować. Sprzeciw dotyczy uznawania ekwiwalencji tytułów zawodowych informatyków pośród absolwentów różnych uczelni. Uważam, że wielu młodych ludzi nie zasługuje na tytuł magistra czy inżyniera, a pomimo tego uczelnie ich nominują. I jest to prztyczek w nos dla całej reszty solidnie wyedukowanych informatyków.

Przyczyny takiego stanu rzeczy są następujące: brak selekcji wstępnej kandydatów, nauczanie informatyki wszędzie, gdzie tylko można i kim można, wystawianie dyplomów na zasadzie formalnego akcentu końcowego wieńczącego kilkuletnie opłacanie nauki. Poziom spada na łeb, na szyję. Honor ratują - te same co od lat - uczelnie państwowe i nieliczne, dobrze wyspecjalizowane w nauczaniu informatyki uczelnie niepubliczne. Żaden absolwent nie ma przy dyplomie przywieszki mówiącej o znaku jakości, stąd o jego walorach może decydować tylko ranga ukończonej szkoły. Nie dość, że magister magistrowi jaskrawo nierówny, to ku większemu utrapieniu funkcjonują studia zaoczne oferujące ten sam tytuł, a jakże marginalnie edukujące studentów. Pomimo dużego współczynnika skolaryzacji, spada poziom edukacji. Nic dziwnego, że nagminnie studia uzupełnia się teraz podyplomowo. Bardzo często tylko w celu pozyskania stosownego papierka.

Gdy na studiach inżynierskich przyglądam się nieraz programom nauczania przedmiotów podstawowych, jak matematyka czy fizyka, to łzy mi lecą. Nie ze wzruszenia bynajmniej, a ze śmiechu, bo jest to mniej więcej poziom szkoły średniej sprzed trzydziestu lat. Powody do śmiechu bywają także inne. Znajomy mój, prowadzący zajęcia bodajże z arytmetyki układów cyfrowych, zauważył podczas ćwiczeń, że są pewne problemy z pojmowaniem zagadnienia. Aby zdiagnozować przyczynę tych trudności, poprosił jednego ze studentów o wykonanie na tablicy pisemnego mnożenia 111 razy 33. Student w dziwny dosyć sposób rozpisał "słupek", jeszcze dziwniej przemnażał i otrzymał wynik 333333. Po reprymendzie zamienił kolejność czynników mnożenia i otrzymał co prawda inny rezultat, ale równie błędny. Jego kolega z ławki nie mógł opanować śmiechu z powodu tych błazeństw. Prowadzący ćwiczenia, wobec beznadziejności studenta, zaprosił do tablicy jego kolegę, śmieszka. Ten zaś przemnożył tak, że w wyniku otrzymał 99.

O czym to wszystko świadczy? O tym, że nauka idzie do przodu, a wiedza do tyłu. Świadczy to także o tym, że panowie ci (i tu głowę daję) prędzej czy później będą obnosić się z takim samym tytułem zawodowym jak mój, z czego jestem wyraźnie niezadowolony i czemu ostro się sprzeciwiam. Podany tu przykład, za którego autentyczność ręczę, jest ekstremalnym wyrazem braku wiedzy i podstawowych umiejętności - i to na poziomie wczesnej szkoły podstawowej. Jak stwierdza niezależnie wielu wykładowców, edukacyjnie lecimy lotem koszącym w dół. Kandydaci na informatyków chyba często gęsto nie zdają sobie sprawy z różnic pomiędzy kawiarenką internetową a informatyką.

Należy nasilić selekcję. Uczelnie zaniżają poziom z finansowych pobudek, bo więcej studentów, to więcej wpływów z czesnego, a gorsza kadra dydaktyczna, to mniejsze obciążenia z tytułu wynagrodzeń. Jest to jednak miecz obosieczny, bo tolerowanie bylejakości skutecznie obniża ranking uczelni, co spowoduje w przyszłości całkowity odpływ kandydatów. A poza tym to chyba wstyd wypuszczać w świat informatyków, którzy napiszą polecenie, jeśli im ktoś podyktuje, ale i tak nie będą w stanie zrozumieć dlaczego.


TOP 200