Prosty model prostytucji

Książka "Free: the future of a radical price" Chrisa Andersona, redaktora naczelnego pisma "Wired", ukazała się na początku tego lata. Być może tym da się wytłumaczyć brak większej liczby recenzji (ukazało się tylko kilka, choć w prestiżowych czasopismach) oraz brak szerszej dyskusji o niej w internecie.

A przecież poprzednia książka tego samego autora, czyli "The long tail: why the future of business is selling less of more", nie tylko była bestsellerem, ale przed wszystkim spowodowała przyjęcie się określenia długi ogon. Często gęsto używanego zresztą bez sensu, a w każdym razie w zupełnie innym sensie niż chciał tego autor.

Brak powodzenia najnowszej książki Andersona wynikać może także ze skomplikowanego ekonomicznie modelu jej dystrybucji. Papierowa wersja w twardej oprawie, którą nabyłem zapisując się w Amazon.com na listę przedsprzedaży (zupełnie jak za PRL-u), dostarczana była od razu z upustem cenowym. W tym samym czasie można było ściągnąć za darmo pełną wersję audio, ale za skróconą trzeba było zapłacić. Wersja w postaci e-książki od razu była darmowa w blogu autora, ale wersja dla Kindle kosztuje więcej niż audio. Nijak więc nie przychodzi wyrozumieć tej dziwnej logiki biznesowej. Wersja papierowa lokuje się w pierwszym tysiącu najlepiej sprzedających się książek Amazona, ale autor postanowił chyba zarobić na spotkaniach, które odbywa w całych Stanach, propagując zalety darmowego modelu biznesowego.

Czytając tę książkę - robiłem to czekając na naprawę samochodu - przyszło mi do głowy, że wśród licznych modeli konkurencji na rynku freeconomics, autor nie zanalizował najstarszego zawodu świata. Ostatecznie czegoś chyba można nauczyć się od jego przedstawicielek, skoro przez ładne kilka tysiącleci dają odpór darmowej konkurencji. Próbowałem w dyskusję na ten temat wciągnąć moją żonę, ale nie wyrażała ona zbyt wielkiego entuzjazmu. Co rozumiem, gdyż rozmowa o prostytucji z własnym mężem nie jest zapewne jednak właściwym tematem, nawet w dzisiejszych, bezpruderyjnych czasach. Moje argumenty były typowo męskie. Kobiety sprzedające swe ciało oferują każdemu klientowi przyjemność łatwo i szybko - za to mężczyźni gotowi są płacić. Często nawet bardzo duże kwoty. Moja dobra żona dodała dwa argumenty, które są typowo kobiece. A mianowicie kontakt z paniami lekkich obyczajów (swoją drogą, to ciekawe, ile mamy różnych synonimów na puszczalskie za pieniądze) odbywa się bez zobowiązań oraz konsekwencji. Jeśli oczywiście nie liczyć możliwości zarażenia się chorobą weneryczną. Zajście w ciążę w czasach pigułek, spiral, aborcji oraz innych technik antykoncepcyjnych, jest ryzykiem zawodowym, czyli także kosztem, dzisiaj znacznie mniejszym niż kiedyś.

Myślę, że próbujący stosować modele darmowego rozpowszechniania swych utworów przez internet, bo to o nich głównie pisze Anderson, powinni dobrze przemyśleć model prostytucji. Nie żebym sugerował podobieństwo moralne, choć tego typu porównanie zapewne dałoby się obronić. Przede wszystkim warto wiedzieć, że ludzie gotowi są płacić za towar nawet, gdy mają darmową alternatywę, bo za swoje pieniądze otrzymują coś dodatkowego. W przypadku oprogramowania, podobnie jak w czasie wizyty w agencji towarzyskiej, tym czymś może być przeniesienie odpowiedzialności (prawnej) na sprzedawcę oraz gwarancja osiągnięcia sukcesu.

Jedno jest pewne: skoro prostytucja ma się świetnie pomimo darmowej konkurencji, to i tradycyjna sprzedaż utworów może obronić się przez internetowymi cichodajkami. Klienci zawsze się znajdą. Potrzebny jest tylko dobry towar.