Problemy nazewnicze

W dzisiejszych czasach nie bardzo wiadomo, za co się zabrać, bo takie jest bogactwo oferowanej na rynku technologii. O ile jednak z wyborem mają problem profesjonaliści, o tyle zwykli użytkownicy zupełnie nie czują, w czym rzecz. Dla nich komputer jest zazwyczaj tylko komputerem.

Lokalny Informatyk ma z tego tytułu duży problem, bo trudno mu przekonać Dyrekcję, która zawsze chce wiedzieć, co i za ile, a zupełnie się na tym nie zna. Dajmy na to przetwarzanie w chmurze. Może i byłoby ciekawą ofertą, ale trudno dotrzeć z tą ideą do Dyrekcji. Gdyby Lokalny zaczął coś tłumaczyć o koncepcji tego rozwiązania, to spojrzeliby na niego jak na debila, potem popatrzyliby w niebo - już tylko dla formalności - aby stwierdzić, że żadnych komputerów tam nie ma. Mógłby Lokalny nie używać tego nazewnictwa, tylko wspomnieć coś o technologii oddalonej i rozproszonej, co dałoby prawdopodobnie podobny efekt. Według Dyrekcji rozproszyć to się mogą żołnierze po zbiórce, a nie system informatyczny i jego dane. Kto by to potem wszystko gonił i zbierał do kupy?

Podobnie trudno byłoby zaimplementować usługi terminalowe z użyciem Citriksa. Widać gołym okiem, że tu znowu nazwa taka sobie i nie bardzo za serce chwyta zwykłego śmiertelnika. Po prostu zbyt egzotycznie się kojarzy, chociaż z drugiej strony patrząc, jaka to teraz egzotyka tkwi w cytrusach. Szwagier Lokalnego osobiście hoduje drzewka cytrusowe w doniczkach na parapecie. A więc jest to niejako chleb powszedni obywateli Rzeczpospolitej. Za komuny cytrusy były egzotyczne, i owszem. Raz do roku zimą płynął przez morza i oceany statek z tymi owocami, aby dla obywateli kraju naszego utrudzonego wnieść nieco egzotyki pod bożonarodzeniowe drzewko.

Jeśli już nie Citrix, to może jakieś FreeBSD dałoby się przemycić. Ale tu znowu Dyrekcja mogłaby się przyczepić do nazwy, bo BSD jakoś dobrze rymuje się z LSD. A na dodatek "free" to już każdy wie, co to znaczy i czym to pachnie. Nikt Dyrekcji nie będzie w stanie naciągnąć na takie bezeceństwa. Zresztą nie lepiej pod tym kątem wypada w oczach Dyrekcji Unix, który tak czy owak jej się z uniseksem kojarzy, co według Dyrekcji leży tylko o milimetry od jakiejś tam parady równości czy innej miłości. A przecież Dyrekcja nie chce w miejscu prowadzenia działalności biznesowej żadnej równości ani tym bardziej miłości. Bo firma nie służy do zjednywania się i kochania tylko do pracy.

I wyszło na to, że najbezpieczniejsze są pospolite okienka, bo zdaniem Dyrekcji dają widok, dają perspektywę, a gdy są czyste, wtedy naprawdę prezentują się nieźle.


TOP 200