Pro domo sua

Czasem zadaję sobie pytanie, czy my informatycy robimy rzeczywiście wszystko co w naszej mocy, aby dobrze służyć użytkownikom informatyki. Służba wiąże się z poczuciem odpowiedzialności, rzetelnością i pomocą ludziom potrzebującym. Może koniec roku nie jest odpowiedni do robienia rachunku sumienia, ale warto przez chwilę zastanowić się, czy rola jaką informatyk spełnia w firmie odpowiada nie tyle jego aspiracjom, co raczej potrzebom firmy.

Czasem zadaję sobie pytanie, czy my informatycy robimy rzeczywiście wszystko co w naszej mocy, aby dobrze służyć użytkownikom informatyki. Służba wiąże się z poczuciem odpowiedzialności, rzetelnością i pomocą ludziom potrzebującym. Może koniec roku nie jest odpowiedni do robienia rachunku sumienia, ale warto przez chwilę

zastanowić się, czy rola jaką informatyk spełnia w firmie odpowiada nie tyle jego aspiracjom, co raczej potrzebom firmy.

Ileż to razy spotykamy się z próbami uszczęśliwiania na siłę. Widoczne to jest zwłaszcza w informatyce. Znajomy informatyk powiada: "Nie mogę uruchomić tego systemu ewidencji, bo oni (magazyn, zaopatrzenie materiałowe, ksiągowość) mają kompletnie niespójny system oznaczania towarów, w którym każdy system się pogubi". Oznacza to niestety zupełnie co innego: to mój informatyk pogubił się w istniejącym systemie, który przy ludzkiej powolności, zapominalstwie, braku systematyczności itp. działa skutecznie. Zamiast zmuszać ludzi do zmiany przyzwyczajeń, należy tak przygotować program obsługi magazynu, aby ułatwić pracę osobom tam pracującym.

Czy rzadko się zdarza, że wcale nie interesujemy się opinią użytkownika na temat naszego produktu? Kto w Polsce może przyznać się z całym przekonaniem, że zrobił wszystko, aby produkt podobał się jego potencjalnym użytkownikom i przypominał, chociaż z grubsza, znakomite produkty firm zagranicznych? Czy można się więc dziwić, że ludzie wolą systemy z importu, nawet nie dostosowane do polskich warunków, ale za to przyjazne, łatwe w użyciu i proste w obsłudze.

Widuję systemy informatyczne, których działanie można określić jedynie jako skandaliczne. Stoję pokornie przed majstrem w serwisie samochodowym, aby dowiedzieć się, ile będzie mnie kosztować wymiana przedniej szyby w samochodzie. Po pracowitym wstukaniu kilku poleceń do bazy danych części zamiennych czeka on ponad 5 minut nim na ekranie pojawi się pożądana informacja. Czy można mu się dziwić, że klnie na czym świat stoi - rzekome ułatwienie w pracy?

Naprawdę więc nie dziwię się, że coraz częściej szefowie firm uważają, że informatyk nie jest im potrzebny. Wystarczy przecież kupić porządny, gotowy system, wdrożyć go siłami dostawcy i sprawę obsługi informatycznej mamy z głowy. W krajach anglojęzycznych głównego informatyka w firmie nazywa się CIO (Chief Information Officer), co złośliwi tłumaczą raczej na "career is over" (koniec kariery). Może i tam nie dzieje się to bez powodu?

Tymczasem systemy informatyczne naprawdę pomagają w obsłudze działalności firmy pod warunkiem, że są przygotowane na miarę potrzeb ludzi, nie zaś na miarę wyobrażeń i wybujałych ambicji informatyków. Nie każdy jest artystą, wystarczy dobra rzemieślnicza robota a wyniki będą widoczne.


TOP 200