Prawie Europa

Projekty dużych systemów o globalnym zasięgu i strategicznym znaczeniu z natury rzeczy przyćmiewają swoim rozmachem inicjatywy informatyczne o charakterze lokalnym, które pomimo że wyrastają nieco w cieniu, są często nie mniej ważne od sztandarowych przedsięwzięć.

Projekty dużych systemów o globalnym zasięgu i strategicznym znaczeniu z natury rzeczy przyćmiewają swoim rozmachem inicjatywy informatyczne o charakterze lokalnym, które pomimo że wyrastają nieco w cieniu, są często nie mniej ważne od sztandarowych przedsięwzięć.

Podczas gdy rozmachu nabierają dyskusje nad planowanym ogólnokrajowym systemem PESEL 2, w terenie dzieją się także ciekawe rzeczy, o czym warto, moim zdaniem, wspomnieć. Właśnie dowiedziałem się, że w Mysłowicach (woj. śląskie) ruszyła pilotażowa wersja rodzimej produkcji systemu teleopieki "SMS Caller". Krótko mówiąc, pozwala on na wezwanie pomocy medycznej przy pomocy zgłoszenia wysłanego SMS-em, pocztą elektroniczną, nadajnikiem GPS lub przy użyciu specjalnej przystawki do aparatu telefonicznego. Powiadomione w ten sposób centrum ratunkowe z miejsca otrzymuje na ekranie swego komputera pełną informację o zarejestrowanym pacjencie. Stosowanie tych metod z natury rzeczy jest przewidziane dla osób, które mają dysfunkcje mowy lub ich schorzenia wymagają szybkiego, niestandardowego traktowania. W system ten, okrojony do powiadamiania SMS-em, wyposażony jest również Toruń. Jak podaje "Dziennik Zachodni", koszt mysłowickiej implementacji wyniósł 30 tys. złotych. Kwota niewygórowana jak na możliwości miasta, warto więc, aby cały kraj oplotła siatka takich rozwiązań, bo w zasadzie nie ma na co czekać. Poza tym, cóż może być ważniejszego od zdrowia i życia obywateli.

O tym, że duże systemy, z tytułu ich rangi, wymagają innego przygotowania projektowego aniżeli takie jak wyżej opisany, chyba nie trzeba specjalnie nikogo przekonywać. Wspomniany PESEL 2 należy do klasy takich właśnie kolosów. Nieuniknione są zatem szerokie dyskusje poprzedzające, bo zbyt poważna to sprawa, aby bez odpowiedniego przygotowania merytorycznego ogłosić, ot tak sobie, przetarg na zrobienie czegoś, co znane jest tylko z nazwy i ogólnego zarysu. O ile Państwo sobie przypominacie, pod koniec lat 90. oczkiem publicznej uwagi był system informatyczny tworzony dla ZUS. Nie obyło się wówczas bez zgrzytów, wzajemnych oskarżeń i prób publicznego prostowania sprawy, zresztą już po przetargu na wykonawcę. Strona techniczna i, niestety, merytoryczna także dojrzewały dopiero po podpisaniu kontraktu. Upraszczając, można powiedzieć, że wybierano wykonawcę i zawierano z nim umowę, nie wiedząc do końca jaki ma być ostateczny zakres funkcjonalny systemu, ani też w jakiej technologii ma być zrealizowany. Obecnie jest szansa - i wszystko na to wskazuje, że może być wykorzystana - zdroworozsądkowego podejścia do tematu przy otwartej kurtynie, bez tuszowania zamierzeń. O ile, oczywiście, nie wywoła zamieszania procedura wyboru wykonawcy. Myślę, że w kraju są firmy mające doświadczenie w tworzeniu dużych systemów. Oby tylko nie doszło do tego, że niefortunnie wybrany wykonawca, podejmując się nowego ambitnego zadania, zechce uczyć się i próbując przenieść swoje doświadczenia z mikroskali będzie naginać stronę techniczną rozwiązania do posiadanych umiejętności, a nie do rzeczywistych potrzeb operacyjnych.

Myślę, że oparzyliśmy się wszyscy nieraz i bagaż podobnych doświadczeń z przeszłości stanowi już dosyć dobrą bazę wyjściową, aby optymistycznie patrzeć w przyszłość.

Nie chciałbym, aby ponownie ziściło się powiedzenie Jana Kochanowskiego: "Polak przed szkodą i po szkodzie głupi".