Praca (po)płaca

Nowy rok przyjdzie mi świętować w nowej pracy. Tak to już jest w Ameryce, że chcąc dostać wyższą pensję i lepsze stanowisko, trzeba zmieniać pracodawców. Ba, niektórzy uważają, że aby nie wyjść z wprawy, należy regularnie poddawać się procesowi szukania zatrudnienia.

Nowy rok przyjdzie mi świętować w nowej pracy. Tak to już jest w Ameryce, że chcąc dostać wyższą pensję i lepsze stanowisko, trzeba zmieniać pracodawców. Ba, niektórzy uważają, że aby nie wyjść z wprawy, należy regularnie poddawać się procesowi szukania zatrudnienia.

W moim przypadku sytuacja była prosta. Dwa lata temu zdecydowałem się na podjęcie pracy, co głównie było spowodowane nudą siedzenia w domu. Myślałem, że będzie to krótki przerywnik w mojej polskiej karierze. Przyjąłem więc pierwszą nadarzającą się propozycję [felieton "Między nami (głównymi) informatykami"]. Byłem wprawdzie zarejestrowany w poważnej firmie "łowców głów" Winter and Wyman (http://www.winterwyman.com), specjalizującej się w karierach komputerowych, ale nic ciekawego mi nie zaproponowano. Kiedy więc żona dostała kolejne przedłużenie stypendium, postanowiłem poszukać sobie pracy w sposób racjonalny.

Przede wszystkim zajrzałem na strony W&W. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem, że pensje podskoczyły o ok. 20% w ciągu dwu lat! Widać rzeczywiście musi być krucho z podażą specjalistów, bo przecież nikt sam z siebie nie oferowałby wyższych poborów. Druga obserwacja: wiele firm jest gotowe sponsorować wizy H-1B. A więc z perspektywy polskiego komputerowca sytuacja całkiem interesująca.

Przygotowałem nowe curriculum vitae i zacząłem zastanawiać się, gdzie je wysłać. Po obejrzeniu kilku stron, zdecydowałem się na umieszczenie mego resume na Monster.com (http://www.monster.com). Trochę czasu zajęło mi sformatowanie tekstu. Nie wiadomo dlaczego baza danych akceptuje tylko goły tekst, choć - jak się potem okazało - wszyscy i tak potrzebują życiorysu w postaci dokumentu MS Word.

W pierwszym tygodniu zanotowałem kilkadziesiąt trafień, ale żadnego odzewu. Jednocześnie aktywnie przeszukiwałem codzienne oferty, korzystając z tzw. agentów, tj. słów kluczowych. Wygoda Monster.com polega na tym, że kilka kliknięć myszą może wysłać zgłoszenie. Niestety, z automatycznych odpowiedzi udzielanych przez pracodawców zorientowałem się, że po przesłaniu pocztą elektroniczną mój tekstowy życiorys wygląda okropnie. A więc z powrotem do poprawiania tekstu.

Zauważyłem, że po wprowadzeniu poprawek gwałtownie wzrosła liczba trafień, od pewnego czasu malejąca. Oznacza to, iż większość szukających zwraca uwagę na oferty ostatnio opublikowane lub zmodyfikowane. Zacząłem więc regularnie wprowadzać drobne poprawki, szczególnie przed weekendem, bo jakoś tak się składało, że "łowcy głów" dzwonili głównie w piątki. Może to tradycja, że pracy szukało się w niedzielnym wydaniu gazety, teraz więc też przegląda się sieć w tym samym okresie.

Aby Państwa nie zanudzać, powiem, że przez trzy miesiące mój życiorys oglądano ponad 400 razy, sam zgłosiłem go kilkadziesiąt razy, odebrałem też kilkanaście telefonów od "łowców głów", którzy postanowili umieścić mnie w swoich bazach danych. I nic. Żadnej rozsądnej oferty, tylko kilka zachęcających rozmów z potencjalnymi pracodawcami, na ogół poza Bostonem, ale bez efektów w postaci rozmowy osobistej.

To, że Nowy Rok będę świętować w nowej pracy, zawdzięczam szukaniu po stronach różnych firm. Nie wiem, czy moje doświadczenie jest typowe, ale z pewnością powinno ostudzić nadzieję na możliwość szybkiego i automatycznego znalezienia pracy poprzez sieć. Zwłaszcza z Polski.


TOP 200