Pożytki z recesji

Jak mówi przysłowie, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Coraz częściej, rozglądając się wokół, widzę bardzo ciekawe zjawiska, które zachodzą w gospodarce i społeczeństwie w wyniku recesji. Śmiałbym stwierdzić nawet, że gdyby sektor informatyczny rozwijał w takim tempie, jak w drugiej połowie lat 90., zjawiska te nigdy nie miałyby miejsca. Ale po kolei.

Jak mówi przysłowie, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Coraz częściej, rozglądając się wokół, widzę bardzo ciekawe zjawiska, które zachodzą w gospodarce i społeczeństwie w wyniku recesji. Śmiałbym stwierdzić nawet, że gdyby sektor informatyczny rozwijał w takim tempie, jak w drugiej połowie lat 90., zjawiska te nigdy nie miałyby miejsca. Ale po kolei.

A więc po pierwsze, widzę coraz większy nacisk kładziony przez firmy informatyczne na jakość. Gościłem na IV Krajowej Konferencji Inżynierii Oprogramowania i w zasadzie w całości była ona poświęcona praktykom technologicznym i organizacyjnym podnoszącym jakość. Właściwie dziś już nikt nie kwestionuje, że jakość powinna być tematem obecnym w każdej fazie rozwoju systemu. Czymś, co mają na pieczy wszyscy razem i każdy z osobna - a więc klient, kadra kierownicza i każdy, nawet najbardziej szeregowy uczestnik procesu. Spory toczą się dziś jedynie w obrębie "jak" i "za ile", a nie "czy" dbać o jakość. To pozytywny proces i całe szczęście, że ma miejsce, bo praktyka przedsiębiorstw informatycznych (nie tylko polskich) była czasami bardzo niedobra.

Drugie pozytywne zjawisko to więcej zdrowego rozsądku po stronie klienta. Rozmawiałem niedawno z wiceprezesem dużej polskiej firmy informatycznej (rozmowa ta ukaże się wkrótce na łamach CW). Powiedział on, że jego firmie łatwiej jest teraz wejść na rynki zagraniczne. Klienci w mniejszym stopniu patrzą na listy referencyjne, liczbę wdrożeń i kraj pochodzenia. Dokładnie za to analizują koszty wdrożenia i oczekują bardzo wymiernych korzyści z każdego zainwestowanego dolara czy euro. Recesja jest więc szansą dla firm zaczynających na rynku, mało znanych i pochodzących z informatycznej terra incognita, jaką dla wielu zachodnioeuropejskich i amerykańskich klientów jest Polska.

Wreszcie trzecie zjawisko to ruch w nauce. Kogokolwiek ostatnio pytam o plany na przyszłość, wszyscy mówią o studiach podyplomowych albo doktoracie. Podobno (piszę podobno, bo moja perspektywa ogranicza się do zaledwie dwóch uczelni) zahamowany został odpływ najlepszych studentów do przemysłu. Dziś ludzie utalentowani i ambitni znacznie częściej niż kiedyś zostają na może słabiej płatnej, ale pewnej

i dającej wiele satysfakcji posadzie wykładowcy uniwersyteckiego. I, chciałbym w to wierzyć, za parę lat zaowocuje to całkiem nowym zjawiskiem w polskiej nauce. Po pierwsze, przełamany zostanie dzisiejszy skostniały i nieefektywny model, w którym karie-ra naukowa bardziej zależy od wieku i układów niż rzeczywistych osiągnięć w nauce i dydaktyce. Po drugie, zmniejszy się luka pokoleniowa, która groziła już naprawdę poważnymi konsekwencjami (wysyłaniem dzieci na studia za granicę przez bogatych i namiastką wykształcenia dla biednych). Spotykam się często z doktorantami i młodymi doktorami, obserwując zjawisko całkiem dla mnie nowe - ci ludzie myślą tak samo jak ja, mówią tym samym językiem, to samo jest dla nich ważne i tak samo patrzą na świat. Inspiruje mnie i cieszy dosłownie każda minuta spędzona na rozmowie z nimi. Jeszcze niedawno znalezienie wspólnego języka przez przedstawicieli biznesu i nauki było tak trudne, a dziś - proszę bardzo - rozumiemy się doskonale.

I miejmy nadzieję, że recesja przeminie niczym zły sen, ale te trzy pozytywne zjawiska będą miały charakter trwały. Bo firmom informatycznym naprawdę trzeba wysokiej jakości, szansy dla drobnych i nieznanych, a polskiej nauce bardzo przyda się świeże i aktywne pokolenie młodej kadry.