Poziomka z rozkroczką

Od felietonu, który ukazuje się tuż przed dorocznym dniem blagi, można oczekiwać, że nie będzie w pełni poważny. Pozostaje tylko kwestia, czy wynikła z tego wesołość będzie przaśna i dosadna, w stylu Dyla Sowizdrzała, czy też skieruje się w stronę form nieco bardziej wysmakowanych.

Od felietonu, który ukazuje się tuż przed dorocznym dniem blagi, można oczekiwać, że nie będzie w pełni poważny. Pozostaje tylko kwestia, czy wynikła z tego wesołość będzie przaśna i dosadna, w stylu Dyla Sowizdrzała, czy też skieruje się w stronę form nieco bardziej wysmakowanych.

Wbrew pozorom groźba przekroczenia granic jest w obu przypadkach niemal identyczna: albo będzie to dosadność dla samej dosadności, albo służąca tylko sobie sublimacja.

Przekraczanie granic w słowie pisanym (kontrolowane, ale jednak) jest zresztą zajęciem, po które ostatnio sięgam dość często, chociaż ta moja skłonność nie dotarła jeszcze jakoś do ukazujących się w tym miejscu felietonów.

Tak więc tytułowy owoc, czyli poziomka, nie prowadzi do żadnych sowizdrzałowych skojarzeń z owocami, takich, jakie bywają udziałem jabłuszek (podkreślenie kształtności) czy cytrynek (bardzo raczej umiarkowane uznanie dla braku objętości). Potraktowana bardziej dosłownie, jawi się poziomka jako odległa krewna truskawki, jednak, mimo skromności rozmiarów, uważana za szlachetniejszą od swej spospolitowanej kuzynki. Powodem tego są zapewne subtelności smakowo-zapachowe, których brak, dosadnym pod tym względem, truskawkom.

Kończę jednak w tym miejscu te dywagacje, bo jeszcze pomyśli kto, że pozazdrościłem jakiemuś Makłowiczowi albo innemu Bikontowi, a przecież pod tym właśnie względem (inne względy litościwie przemilczę) jestem osobnikiem szczególnie niskiej kultury, gdyż moja idealna potrawa to taka, którą można w mig przygotować i jeszcze szybciej spożyć, po czym natychmiast o wszystkim zapomnieć. Ostrzegam jednak tych, którzy chcieliby tę dewizę uogólniać i przenosić ją na zgoła inne dziedziny mojej ewentualnej aktywności, gdzie ze wszystkim jest (no - powiedzmy to ściślej - bywa) akurat odwrotnie: są sprawy, które pozostają w smacznej pamięci na długo, mimo celebrowanego spożywania i nieprzyzwoicie długich zabiegów przygotowawczych.

Więcej kłopotów mam z drugim tytułowym rzeczownikiem, czyli rozkroczką. Po pierwsze - bo słowa takiego w ogóle w polskim (i pewno w żadnym innym języku) w ogóle nie ma. Po drugie - bo tym, którym się wszystko kojarzy, właśnie to nieistniejące słowo skojarzy się przede wszystkim. Jeżeli jednak tak będzie, to jasność i przejrzystość tego skojarzenia uporczywie będą zakłócać myśl o tym, co tu robi

ta ******** poziomka, której nijak z niczym skojarzyć się nie daje (w miejsce gwiazdek wstawić dowolny przymiotnik o ulubionym stopniu dosadności).

Kto jednak odczuwa prawdziwy i wielki głód skojarzeń, niech zajrzy pod adreshttp://www.belle.art.pl/schronisko . Tam dopiero można się dowiedzieć, że ludziom naprawdę wszystko się kojarzy. Mało tego - można tam umieścić i własne skojarzenia, niezależnie od stopnia ich frywolności bądź całkowitego jej braku. A że z możliwości takiej goście tej strony nader często korzystają - niemal każdego dnia pojawia się tam jakaś nowość. Na prima aprilis (i na każdy inny dzień też) jak znalazł!

Niech mi w końcu wolno jednak będzie wytłumaczyć się z tytułu niniejszego felietonu, co od początku jestem przecież winien Czytelnikom: otóż nie ma on nic wspólnego ani z owocami, ani też nie jest zakamuflowaną perwersją. Sformułowanie takie zapamiętałem po prostu kiedyś, gdy skacząc bez ładu i składu po kanałach telewizyjnych, trafiłem na program sportowy, w którym zawodnicy wykonywali coś w rodzaju połączenia tańca z gimnastyką albo odwrotnie. A tytułowe słowa oznaczają jakąś złożoną figurę gimnastyczno-taneczną, co usłyszałem z ust komentującego, a której formy mogę się tylko domyślać, bo zanim zdążyłem przenieść wzrok na ekran, byłem już na następnym kanale.