Pożegnanie ze sobą

Zdarzyło mi się, że dwadzieścia lat temu musiałem poddać się operacji. No cóż, duch był hoży, ale ciało mdłe. Zawsze wierzyłem specjalistom, choć lubiłem im patrzeć na ręce, więc z prawdziwą rozkoszą poddawałem się licznym torturom na tak zwanego wampirka, czyli pobieraniu krwi, która potem była intensywnie badana.

Zdarzyło mi się, że dwadzieścia lat temu musiałem poddać się operacji. No cóż, duch był hoży, ale ciało mdłe. Zawsze wierzyłem specjalistom, choć lubiłem im patrzeć na ręce, więc z prawdziwą rozkoszą poddawałem się licznym torturom na tak zwanego wampirka, czyli pobieraniu krwi, która potem była intensywnie badana.

Wśród badań, które zrobiłem i kazałem wpisać do dowodu osobistego, była oczywiście grupa krwi, tym bardziej że mam stosunkowo rzadką w Polsce AB - podobno tylko 6% ludzi ma taką, a jest to mniej niż z posiadających poszukiwaną grupę zero. Wpis uważałem za pewną rezygnację z prywatności, co jednak może być dla mnie przydatne w sytuacjach podbramkowych, gdy decydują minuty.

Gdy tylko pojawiłem się w szpitalu, ponowiono mi wszelkie badania. Na nic zdało się pokazywanie dowodu, legitymacji honorowego dawcy krwi oraz zaklinanie się, że na pewno mam AB. Miła, ale stanowcza siostra-wampirek wbiła mi co gdzie trzeba i pobrała. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem sobie, że centralna baza danych powinna zawierać nie tylko numer PESEL oraz nazwisko panieńskie mamusi, które to dane są w gruncie rzeczy potrzebne tylko biurokracji, ale przede wszystkim dane o obywatelu, które są naprawdę użyteczne, takie jak grupa krwi, uczulenia albo ograniczenia w stosowaniu leków. Słyszałem, że niektóre armie wyposażają swoich żołnierzy w inteligentne karty, które pozwalają zapisać całą historię medyczną, co może przydać się na polu bitwy. Jest to dowód paranoi naszych czasów, że w procesie zabijania stara się uratować jak najwięcej, ale nie robi się tego dla zwykłych ludzi.

Nim jeszcze doszło do operacji, na którą trzeba było nieco poczekać, wałęsałem się po korytarzu szpitala i niemalże wpadłem na koleżankę z liceum (pozdrowienia, Marto!), która okazała się lekarką współpracującą z ową lecznicą. Od słowa do słowa wyznała mi, że już od jakiegoś czasu wiedziała, że będę operowany, bo próbki krwi pacjentów, w tym także i mojej przechodziły, przez jej ręce w wyspecjalizowanym laboratorium analitycznym. A więc tyle było szumu o tajemnicy danych pacjenta, ale jak przyszło co do czego, to się okazało, że nikomu nie chciało się kodować próbek. Łatwo było to zrzucić na papierkową biurokrację, gdyby stosowano komputery, to pewnie dużo trudniej byłoby rozszyfrować kto na co cierpi.

A jednak dwadzieścia lat później wcale nie jestem przekonany, że komputery pomogły nam w zachowaniu prywatności. Owszem, w laboratorium, gdzie dziś badają mi krew, wszystkie fiolki mają naklejone kody paskowe, które na specjalnych nalepkach drukuje się na żądanie w momencie wprowadzania danych pacjenta. A więc potencjalnie tylko centralna baza danych laboratorium potrafi skojarzyć moją krew ze mną. Jak mniemam, do owej bazy danych dostęp mają tylko wybrane osoby, takie jak mój lekarz. Cóż jednak z tego, skoro inne informacje nadal są dostępne. Powodują, że widmo wielkiego brata odżywa. Otóż pan aptekarz, który wydawał mi kolejną porcję lekarstwa, jednym rzutem oka na ekran odkrył, że nie łykałem pigułek codziennie tak jak mi przepisano. System komputerowy pamiętał bowiem, ile pigułek sprzedano mi poprzednio oraz ile powinienem brać każdego dnia.

Myślę, że trzeba pożegnać się ze swoją prywatnością. Coraz więcej jest miejsc, gdzie zbiera się o nas informacje, i niemożliwe staje się kontrolowanie kto do nich ma dostęp. Jeśli kasa sklepowa drukuje kupony reklamowe uwzględniające moje przyzwyczajenia, to oznacza, że nawet kasjer w supermarkecie wie o mnie dużo więcej, niż ja sam chciałbym wiedzieć. Z drugiej strony, ludzie uczciwi nie muszą obawiać się utraty prywatności, bo nie mają nic do ukrycia. Tak, lubię czekoladę!


TOP 200