Poza zasięgiem

Miało na kogo trafić. Bo i trafiło na człowieka, który znany jest z bardzo specyficznego sposobu traktowania telefonu komórkowego. Rzadko ma go ze sobą, a jeżeli już, to przeważnie wyłączony. Jak się go włącza, próbuje sobie przypomnieć, gdy naprawdę musi do kogoś zadzwonić, co raczej nie zdarza się zbyt często. Po co ten telefon w końcu ma - jego sprawa. Każdemu wolno.

Miało na kogo trafić. Bo i trafiło na człowieka, który znany jest z bardzo specyficznego sposobu traktowania telefonu komórkowego. Rzadko ma go ze sobą, a jeżeli już, to przeważnie wyłączony. Jak się go włącza, próbuje sobie przypomnieć, gdy naprawdę musi do kogoś zadzwonić, co raczej nie zdarza się zbyt często. Po co ten telefon w końcu ma - jego sprawa. Każdemu wolno.

Jesteśmy jednak, wraz z naszym bohaterem, w kościele, gdzie trwa uroczystość ślubna (lub - jak mawia mój, tęskniący do czasów kawalerskich, przyjaciel - ślubno-żałobna). Ksiądz mówi akurat do zebranych o doniosłości instytucji małżeństwa i w teatralnym geście zawiesza rozwibrowany głos, by wzmóc przez to jeszcze patos wypowiedzi i dokładnie w tej właśnie chwili ciszy odzywa się melodyjka z telefonu. Nie muszę dodawać, czyjego.

Ksiądz nie traci rezonu i publicznie zawstydza nieszczęśnika mówiąc, że na muzykę przyjdzie czas na weselu. Ten zaś nerwowo szuka wrednego aparatu, obmacując kieszenie. Po chwili dobywa go i wyłącza. Na jego nieszczęście telefon ten, przed ostatecznym wyłączeniem się, odgrywa jeszcze krótką, skoczną melodyjkę. "I tańce też dopiero na weselu!" - pada od ołtarza.

Dobrze mu tak, pomyślałbym o każdym innym posiadaczu telefonu, któremu by się to przydarzyło. Każdym, z wyjątkiem tego jednego.

Bo posiadacze telefonów, w miarę jak ich przybywa, mają coraz mniej zahamowań w korzystaniu z nich gdziekolwiek. dzwonią wszędzie - w salach koncertowych, teatrach i kinach. Dzwonią w pociągach, autobusach i tramwajach, gdzie - dodatkowo - współpasażerowie raczeni są krepującą często tematyką rozmów.

Ostatnio, i to coraz częściej, bez skrępowania, chociaż nieco ściszonym głosem, ludzie potrafią prowadzić długie konwersacje nawet podczas seminariów i konferencji. A wydawałoby się, że nie bywają tam osoby małej kultury.

Zresztą niektórzy kolejowi gadacze i bez telefonu potrafią współpasażerom nieźle zajść za skórę: całkiem niedawno, na trasie z Warszawy do Poznania, mieliśmy w przedziale dwóch panów, którzy przez całą drogę zmuszali pozostałych do wysłuchiwania historyjek, na przemian służbowych i prywatnych (a chwilami - bardzo, bardzo prywatnych) - wyłączyć się było nie sposób.

Jeden z kościołów w USA, próbując bronić się przed tą telefoniczną plagą, wydał broszurę, której tytuł - zachowując stylistykę oryginału - brzmi "Nie będziesz odbierał w kościele telefonu swego". Za to niektóre kościoły w Meksyku, stosują po prostu urządzenia zagłuszające o niewielkim zasięgu.

Podobne urządzenia mają Japończycy w metrze, głównie po to, by uniemożliwić zdalne odpalanie ewentualnych bomb przez terrorystów. Zagłuszanie stosuje się także w indyjskim parlamencie.

Radykalnie za sprawę wzięli się Francuzi. Ustanowiono tam mianowicie prawo zezwalające na instalowanie urządzeń technicznych blokujących stosowanie telefonów komórkowych w salach koncertowych, teatrach i kinach. Dozwolone jest to jednak tylko na samej widowni, ale już nie np. na korytarzach, realizacja czego w praktyce - uwzględniając kapryśną naturę fal radiowych o dużej częstotliwości - z pewnością nie będzie łatwa.

Jest w tym wszystkim jednak i coś kuriozalnego: operatorzy telefonii komórkowej niemało zapłacili i płacą za licencje na prawo do działania, które to wydatki systematycznie i z nadwyżką rekompensują sobie kosztem swych klientów. Ci sami klienci zapłacą teraz ponownie (średni koszt instalacji urządzenia zagłuszającego - 6000 euro), tym razem za pozbawienie ich tej możliwości.

A w ogóle, to co z tego wszystkiego, skoro kaszlący na koncertach i głośno chrupiący prażoną kukurydzę w kinach i tak zostaną poza zasięgiem?


TOP 200