Powrót z urlopu a rebours

Potencjalnych czytelników niniejszego tekstu chciałbym z góry ostrzec, że jego lektura wymaga znajomości mojego felietonu sprzed tygodnia. A to dlatego że postanowiłem powtórzyć go tu, tyle tylko że w wersji a rebours. Zobaczmy więc.

Potencjalnych czytelników niniejszego tekstu chciałbym z góry ostrzec, że jego lektura wymaga znajomości mojego felietonu sprzed tygodnia. A to dlatego że postanowiłem powtórzyć go tu, tyle tylko że w wersji a rebours. Zobaczmy więc.

Tak to jest - wystarczy być kilka dni na urlopie, a już człowiek zdaje się odzyskiwać pełną kontrolę nad tym, co się wokół dzieje.

I tak - nie musi mnie nikt przekonywać, że kradzież osobowości, o której coś tu kiedyś napisałem, to sprawa czysto informatyczna. Oczywiste jest, że wystarczy pilnować tego, co ma być pilnowane, i problem znika sam, jak plama w znanej wszystkim reklamie. A gdyby jednak co, to poradzi sobie z nim amerykański, czyli prawie jak nasz, bank.

Bo to wcale nie jest tak, jak mi się zdawało. Gdy słyszymy o próbach ściągania haraczu od właścicieli sklepów lub restauracji, wiemy, że na biednego nie trafiło. A przecież ten niebiedny i tak ma z czego dawać, więc niech daje. Nas to ani grzeje, ani ziębi.

Tak samo bank: nic mu się nie stanie, gdy utraci część pieniędzy, w wyniku np. działań z kręgu kradzieży tożsamości. Zostanie mu jeszcze sporo, chociaż i tak się tym z nami nie podzieli, dając nam - przykładowo - niższe oprocentowanie kredytów. A jeżeli bank jeszcze sprawnie reaguje na każdą naszą większą transakcję, to dowodzi, że dba o nasze interesy za wszelką, nawet wysoką, cenę. Wiemy, że to kosztuje, ale się na to godzimy, bo to przecież staranie w naszym interesie.

Serio traktuję radę, by - zamiast zajmować się odległą zagranicą - zabrać się do doradzania krajowym administratorom systemów. W końcu nasza informatyka pod każdym względem różni się od stosowanej gdzie indziej - inne są komputery, programy, języki do ich tworzenia i w ogóle wszystko. Potwierdził to w rozmowie telefonicznej szef pewnej firmy informatycznej zza oceanu, który słusznie podał w wątpliwość obecność w Polsce oprogramowania o nazwie Windows czy Office. A już nietaktem z mojej strony wobec niego była propozycja odbycia kolejnej rozmowy po dwóch tygodniach. Mogłem przecież przypuszczać, że ten dobrze wykształcony człowiek z pewnością jest oficerem armii swego kraju i wkrótce może udać się na szkolenie wojskowe, w związku z zagrożeniem, jakie zawisło nad jego krajem, a które jest ważniejsze niż jakikolwiek biznes.

Potwierdził to telewizyjny występ człowieka powszechnie uznawanego za przywódcę wolnego świata. Cała jego postawa świadczy, że to prawdziwy przywódca i że to co mówi, to bynajmniej nie żart, lecz twarda, ale jednak prawda.

W poczcie, gdzie, dzięki pracowitemu urlopowi, wreszcie nie mam zaległości, jak zwykle - nic ciekawego.

Z doświadczenia wiem, że nie można dowierzać takim pismom, jak USA Today, które w numerze z 19 lutego pisze o rzekomej kradzieży bliżej nieokreślonej liczby numerów kart płatniczych. Numery są zresztą głównie gdzieś ze świata. W podobnie minorowy ton uderza serwis CNET News z 22 stycznia, gdzie wyolbrzymia się i eksponuje dane z nowego raportu Federal Trade Commission. Raport ten wspomina o rzekomym wzroście liczby skarg na kradzież osobowości, ale nie dodaje, że w takim kraju jak USA nie mogą one stanowić istotnego problemu, bo są przecież kroplą w morzu przypadków, kiedy to osobowości kraść nikt nie zamierzał.

Przypadek niejakiej Deborah Fraser, która niefrasobliwie udostępniła swoje nazwisko i numer karty płatniczej, dowodzi jedynie, że tym, którzy niczego nikomu nie udostępniają, nic nie grozi.

Wdzięczni za to winniśmy być za przysłanie do nas Kevina Mittnicka, który ma spore zasługi we wskazywaniu sposobów, jakimi można atakować zasoby informacyjne. Szkoda, że Kevin był u nas tylko na krótko i nie mógł zostać z nami na stałe.