Powiastka po Wielkanocy

W trakcie zwiedzania zamku Malahide, niedaleko Dublina, przewodnik opowiada historię o czternastu członkach rodziny Talbotów, właścicieli zamku, którzy w dniu 1 lipca 1690 (według Kalendarza Juliańskiego) zasiedli tam do śniadania i z których ani jeden nie wrócił na kolację.

W trakcie zwiedzania zamku Malahide, niedaleko Dublina, przewodnik opowiada historię o czternastu członkach rodziny Talbotów, właścicieli zamku, którzy w dniu 1 lipca 1690 (według Kalendarza Juliańskiego) zasiedli tam do śniadania i z których ani jeden nie wrócił na kolację.

Wszyscy zginęli w bitwie nad rzeką Boyne. Bitwie, w której przybyłe via Wyspy Brytyjskie z Holandii wojska protestanckie Wilhelma Orańskiego pokonały stronę katolicką pod wodzą króla Jakuba - VII w numeracji szkockiej i II w angielskiej. Zwycięstwo protestantów ustaliło tam porządek trwający do dziś, a jego częścią jest sprawa Irlandii Północnej.

Ze sprawą irlandzką, a konkretnie z zamachami bombowymi Irlandzkiej Armii Republikańskiej spotkałem się bezpośrednio już podczas pierwszego dłuższego pobytu w Zjednoczonym Królestwie, jesienią 1973. Niemal nie było wtedy dnia bez przepychających się na sygnale przez londyński zgiełk karetek pogotowia oraz samochodów policyjnych i strażackich, zmierzających do miejsc domniemanych zamachów. Przeważnie zdążali, ale co i raz coś gdzieś wybuchało. Nic tedy dziwnego, że dwa razy znalazłem się dość blisko: 13 lutego 1976 musiałem wraz z innymi opuścić stację metra Oxford Circus, bo właśnie znaleziono tam bombę, którą unieszkodliwiono zanim wybuchła; drugi raz (daty nie pamiętam, chyba w 1996) byłem na Canary Wharf, zdewastowanym w kilka godzin później przed jedną z najsilniejszych w ogóle eksplozji.

Twarze i głosy Gerry Adamsa i Martina McGuinessa, liderów nacjonalistycznej partii Sinn Fein (w wolnym tłumaczeniu coś jak "naszość"), podejrzewanych wówczas o tajny udział, a nawet kierowanie działaniami IRA, poznaję z łatwością do dziś.

Zamachy trwały latami, ginęli w nich żołnierze, policjanci, politycy, członkowie rodziny królewskiej, muzycy grającej w parku orkiestry wojskowej, a nade wszystko - zwykli ludzie. A cały czas szło o północny kawałek wyspy Irlandii, formalnie należący do Zjednoczonego Królestwa, zamieszkiwany w większości przez protestanckich zwolenników tej więzi oraz przez katolicką mniejszość irlandzką.

Tym pierwszym przewodzi anglikański pastor Ian Paisley, określany, dla swej postawy wobec drugiej strony, jako "pan Nie". Na czele irlandzkich katolików stoją dwaj wspomniani panowie - Adams i McGuiness. W Belfaście obie społeczności dzieli mur, a protestanccy Oranżyści (od Wilhelma Orańskiego) do dziś co roku, w rocznicę bitwy nad Boyne, maszerują z orkiestrami i w paradnych strojach przez dzielnice tych drugich, by nie zapomnieli, że przed ponad 300 laty przegrali.

Pierwszy przełom nastąpił 10 lat temu, gdy strony podpisały tzw. Porozumienie Wielkopiątkowe. I oto teraz, paradoksalnie znowu tuż przed Wielkanocą, nieprzejednani wrogowie, Ian Paisley i Gerry Adams zdecydowali się rozmawiać, a w wyniku rozmów odrzucić, okupione blisko 4 tysiącami ofiar, animozje z przeszłości i utworzyć wspólny rząd. Premierem będzie w nim 80-letni Paisley, a jego zastepcą Martin McGuiness.

W okolicznościowych przemówieniach obie strony podkreśliły, że będą działać w imieniu całej tamtejszej społeczności, a nie tylko swych zwolenników.

Jednym z pierwszych, wspólnych przedsięwzięć będzie wizyta w Londynie u Gordona Browna, człowieka trzymającego brytyjską kasę (a wkrótce - i władzę), w sprawie obiecanej pomocy finansowej. Jak podkreślają komentatorzy, jednym z pierwszych jej celów ma być rozwój taniego i masowego, szerokopasmowego dostępu do internetu.

I tak, w tej samej Europie, jedni wydają wielkie pieniądze na bezsensowne dochodzenie, co kto kiedyś pisywał i podpisywał, a drudzy, pomni nauczek ze swej niełatwej przeszłości, inwestują w przyszłość.


TOP 200