Poszukiwanie odważnych

Coraz więcej poważnych znawców informatyki i publicystów zarazem coraz częściej ostrzega przed zbyt optymistycznym patrzeniem na tę dziedzinę. Informatyka to nie żaden czarownik i cudów nie czyni. Z drugiej strony zapomina się jakby, że obecny okres studzenia apetytów poprzedzał przyjemny i jakże miły czas propagowania informatyki właśnie cuda czyniącej. Widać czas ten trwał trochę za długo, bo zbyt wiele osób uwierzyło w te nieuzasadnione możliwości.

Coraz więcej poważnych znawców informatyki i publicystów zarazem coraz częściej ostrzega przed zbyt optymistycznym patrzeniem na tę dziedzinę. Informatyka to nie żaden czarownik i cudów nie czyni. Z drugiej strony zapomina się jakby, że obecny okres studzenia apetytów poprzedzał przyjemny i jakże miły czas propagowania informatyki właśnie cuda czyniącej. Widać czas ten trwał trochę za długo, bo zbyt wiele osób uwierzyło w te nieuzasadnione możliwości.

Rzeczywistość na styku informatyki i przedsiębiorstwa okazała się być nie taka różowa. Jest szara, jak większość naszych dni. Co jednak zrobić, aby te nadto rozbudzone apetyty ostudzić? Co zrobić, aby przekonać środowiska planujące zastosowanie rozwiązań informatycznych na dużą skalę, że poza znalezieniem pieniędzy na tę inwestycję zrobić trzeba wiele, wiele innych rzeczy?

Z jednej strony wiem, że zrobiliśmy w ostatnich latach w Computerworldzie wiele, aby z rozwagą i poważnym namysłem podchodzić do informatyki. Mam nawet uczucie, że za często wracamy do zagadnień podstawowych, związanych z zastosowaniami rozwiązań informatycznych. Z drugiej strony jednak życie pokazuje, iż jest wielu jeszcze niepoprawnych optymistów wśród decydujących się na te inwestycje. Ostatnio, dla przykładu, spotkałem dwa przypadki niemal podręcznikowe, ilustrujące, jak nie należy postępować z narzędziami informatycznymi.

Oba przykłady dotyczą dużych przedsiębiorstw przemysłowych z kapitałem zagranicznym. Oba kupiły duże zintegrowane systemy (zintegrowane przy zakupie teoretycznie). I właściwie na tej teorii skończyła się radość z zakupu. Nie podaję nazw przedsiębiorstw i dostawców, ponieważ strony - szkodząc sobie nawzajem, nie wiem czym się kierowały, że ufały w radosny koniec tej przygody - mają nadzieję na zachowanie twarzy (i oby tak się stało). Trudno winić w zasadzie którąkolwiek ze stron, bo wszystkie zachowały się nierozsądnie, żeby nie powiedzieć głupio. Pasma nieszczęść też nie będę opisywał, bo są one jak z uniwersyteckiego wykładu. Na jedno tylko zwrócę uwagę, a mianowicie na łatwowierność ze strony klientów albo brak wiedzy (myślę, że raczej to drugie) i na naiwność dostawców. Jeśli bowiem sprzedaje się coś, czego nie ma, to - na litość boską - wiadomo, że za kilka miesięcy o fakcie, że transakcja dotyczyła czegoś, czego nie ma, będzie wiedział nie tylko sprzedający, ale i kupujący. Trudno nawet analizować na co liczyli dwaj dostawcy w tych dwóch świeżych, jak kupowane rano bułki, przypadkach. Gdyby jeszcze po zainkasowaniu pieniędzy udali się na Wyspy Dziewicze, ale nie, zostali i nie podejrzewam, że lubują się w uczestnictwie w sądowych rozprawach. W każdym razie przypadki te utwierdziły mnie w przekonaniu, że tematy podstawowe w podejściu do informatyki wałkować musimy jeszcze i jeszcze, i jeszcze...

Swego czasu jeden z naszych autorów zaproponował mi, aby prawidłowe działanie obrazować nie na prawidłowo przeprowadzonych projektach, lecz właśnie na złych. Być może rzeczywiście tak jest, że czytając opowieści z radosnym finałem, czytelnicy nie zdają sobie sprawy, że bajki te mają jednak żelazną logikę, i pozwalają sobie na myślenie w rodzaju: "Nie będę się bawił w tyle szczegółów, bo szkoda mi czasu" i to chodzenie na skróty kończy się zwykle wycieńczeniem. Cały problem w tym, że nie ma zbyt wielu chętnych do opowiadania o swoich błędach. A może wyciągnięcie głowy z piasku uchroniłoby innych przed rozczarowaniami. Może więc ktoś się zgłosi i odważnie opowie, dlaczego mu się nie udało. Czekamy.