Poranne obrządki

Zauważyłem, że w ciągu ostatnich dwóch lat moje życie zawodowe uległo niesamowitej stabilizacji. Niemal jak koń w zaprzęgu trafiam prawie po omacku na stanowisko pracy i wykonuję każdego dnia te same rutynowe czynności. Część obligatoryjna obrządku informatycznego trwa niespełna pół godziny, po czym zaczyna brać górę obudzona do życia fantazja artysty - programisty. Jak widać, potrafiłem tak wysoce zautomatyzować procesy i na tyle zapewnić bezawaryjność używanych systemów, że miast mitrężyć cały dzień pracy na walkę z materią komputerową, poświęcam temu zadaniu skromną dawkę czasu - ku uciesze wszystkich, a zwłaszcza mojej. W czasie przeznaczonym na twórczość dowolną zwykłem wymyślać sobie zadania różne, aczkolwiek zawsze przyświecała mi idea stałego rozwoju, poznawania nowych rozwiązań czy konstruowania własnych. Staram się tym sposobem uniknąć przekwalifikowania do rangi rzemieślnika - informatyka, czyniącego sprawnie i dobrze, jednakże bardzo monotonnie.

Zauważyłem, że w ciągu ostatnich dwóch lat moje życie zawodowe uległo niesamowitej stabilizacji. Niemal jak koń w zaprzęgu trafiam prawie po omacku na stanowisko pracy i wykonuję każdego dnia te same rutynowe czynności. Część obligatoryjna obrządku informatycznego trwa niespełna pół godziny, po czym zaczyna brać górę obudzona do życia fantazja artysty - programisty. Jak widać, potrafiłem tak wysoce zautomatyzować procesy i na tyle zapewnić bezawaryjność używanych systemów, że miast mitrężyć cały dzień pracy na walkę z materią komputerową, poświęcam temu zadaniu skromną dawkę czasu - ku uciesze wszystkich, a zwłaszcza mojej.

W czasie przeznaczonym na twórczość dowolną zwykłem wymyślać sobie zadania różne, aczkolwiek zawsze przyświecała mi idea stałego rozwoju, poznawania nowych rozwiązań czy konstruowania własnych. Staram się tym sposobem uniknąć przekwalifikowania do rangi rzemieślnika - informatyka, czyniącego sprawnie i dobrze, jednakże bardzo monotonnie.

Gros czasu zajmuje mi odpisywanie na listy elektroniczne. W zasadzie ilość napływającej poczty nie jest zbyt duża, można powiedzieć, że kilka listów dziennie, czyli w granicach zdrowego rozsądku. Z klawiaturą radzę sobie dosyć zgrabnie, szybkość samego pisania także więc nie przyczynia się do marnotrawienia czasu. Największym problemem, a zarazem czynnikiem wprowadzającym opóźnienia jest fakt, że obecnie korespondencję prowadzę w większej mierze po angielsku. Zanim się człowiek namyśli, zanim odszuka brakujące słówko w słowniku (okazuje się przeważnie, że słowo jest mi znane, ale uleciało akurat z pamięci), kwadranse uciekają nieubłaganie.

Wymiana korespondencji w obcym języku ma niewątpliwie dużą zaletę, jeśli chodzi o samodoskonalenie się. Nigdy też nie przypuszczałbym, że będę w stanie zaimponować Amerykance - i to czym - moim koślawym angielskim. Betty, bo tak ma na imię jedna z moich internetowych znajomych, nie jest żadną podfruwajką, lecz kobietą dojrzałą i potrójną babcią. Żyje w mieście średniej wielkości nieopodal Chicago i utrzymuje normalny amerykański standard, na który składa się mąż, własny dom i samochód. Mimo wszystko wydaje się, że Betty ma pewne kompleksy wynikające z nieznajomości języków obcych i nie może odżałować dystansu, jaki dzieli ją w tym względzie od nas, światłych Europejczyków - jeśli można publicznie przytoczyć jej zwierzenia.

Betty ponadto wprawnie posługuje się komputerem. Zrobiło mi się nieco przykro, gdy podała swoją konfigurację (Pentium 166, modem 33k, dysk liliput), tłumacząc się, że komputer ma już 4 lata, ale jest wystarczająco sprawny. Trudno negować tak racjonalne podejście do sprawy. Na wszelki wypadek nie odpisałem jej, na jakim sprzęcie ja pracuję.

W zasadzie już nie powinniśmy czuć się peryferyjnymi mieszkańcami świata - przeciętny Kowalski nie tylko nie odbiega, a w niektórych aspektach nawet przewyższa standard zagraniczny.


TOP 200