Ponarzekajmy sobie

Jedną część mojego życia zawodowego przepracowałem w firmach utrzymujących się wyłącznie z usług informatycznych i produkcji oprogramowania. W drugiej części przypadło mi w udziale posługiwanie w jednostkach informatykę jedynie stosujących. Mam więc porównanie, doświadczenie i trochę przykrych wrażeń.

Jedną część mojego życia zawodowego przepracowałem w firmach utrzymujących się wyłącznie z usług informatycznych i produkcji oprogramowania. W drugiej części przypadło mi w udziale posługiwanie w jednostkach informatykę jedynie stosujących. Mam więc porównanie, doświadczenie i trochę przykrych wrażeń.

O ile w firmach żyjących z informatyki wszyscy informatyką żyją, o tyle w innych branżach szum wokół komputerów robi się najczęściej, gdy coś przestaje działać. Jest to oczywiście dosyć duże uogólnienie, albowiem znajdziemy mnóstwo przykładów poważnych instytucji stosujących rozwiązania informatyczne, gdzie do spraw komputeryzacji podchodzi się z całą powagą, rozumie się istotę, zna miejsce i zakres zastosowań, potrafi się wypracować sensowne procedury i przywiązywać określoną wagę do technologii informatycznych.

Niestety, w wielu innych firmach towarzystwo zarządzające działalnością jednostki staje się coraz bardziej rozbisurmanione. Od kiedy byle laik potrafi sklecić pismo za pomocą edytora lub też pobuszować w Internecie, wydaje mu się, że prostota jego działań odwzorowuje się równomiernie na całą przestrzeń zastosowań komputerów. Ograniczenie wiedzy decydentów sprzyja podejmowaniu kroków sprzecznych nieraz ze zdrowym rozsądkiem, czasami wręcz karykaturalnie śmiesznych. Prym wiodą w tym zwłaszcza podmioty gospodarcze, gdzie zatrudnia się pana Zenka - informatyka do wszystkiego. Owszem, błąka się po kraju sporo omnibusów potrafiących z komputerami i oprogramowaniem wyczyniać niezłe numery, ale bez przesady - próg kompetencji zawsze istnieje, o czym ludziom znającym się na tym fachu nie muszę przypominać.

Nie jest to jednak największą niedoskonałością naszych skomputeryzowanych czasów. Decydenci, utwierdzeni na przykładzie własnych poczynań edytorsko-internetowych w prostocie stosowania wycinkowych rozwiązań informatycznych, próbują nieraz kształtować własną politykę i wymyślać swoje oryginalne koncepcje dotyczące tematów, których nigdy nie powinni byli nawet tknąć. Pomijają wówczas pana Zenka, informatyka do wszystkiego, nie prosząc go nawet o opinię dotyczącą sensowności ich wymysłów. Dyrektor wymyślił, pan Zenek zrobi, a całe odium niepowodzenia spadnie oczywiście na pana Zenka, bo przecież nienaturalnie by było, gdyby miało być odwrotnie. Na szczęście niewielu jest decydentów mających chęci i czas, aby bawić się w te klocki, niemniej z pewnością sporo ich jeszcze dałoby się wyłuskać spośród naszych milusińskich.

To, że ktoś wyleczył sobie jakieś schorzenie stosując witaminę C i żelazo, nie powoduje jeszcze, że może nazwać siebie lekarzem i proponować identyczną kurację wszystkim chorym na cokolwiek. Różne są dolegliwości i czasami wystarczy skorzystać z usług pana Zenka - konowała, a nieraz trzeba sięgnąć po pomoc najdroższych i najbardziej uznanych specjalistów.

Z moich osobistych doświadczeń, opartych na pracy w różnych przedsiębiorstwach, wynika, że w firmach informatycznych jest z kim podyskutować na tematy technologiczne, natomiast w firmach spoza branży pracuje się weselej, jeśli ma się już odpowiednio wypaczone poczucie humoru.