Polski łącznik

Czasami widać coś takiego jest w powietrzu albo może w Internecie, że kilka niezależnych osób robi to samo.

Czasami widać coś takiego jest w powietrzu albo może w Internecie, że kilka niezależnych osób robi to samo.

Zdarzyło się, że w odstępie dwu lub trzech dni zostałem zaproszony przez zupełnie obce sobie osoby do łańcuszka towarzyskiego pod nazwą LinkedInhttp://www.linkedin.com . Nie jest to bynajmniej jeszcze jedno wcielenie MySpacehttp://www.myspace.com , na którym mam konto, ale tak naprawdę nie używam go - jak dotąd mój profil obejrzało zaledwie 21 osób, co i tak bardzo mnie dziwi. Zresztą z tego typu miejscami trzeba się zaprzyjaźnić. Im człowiek więcej tam działa, tym łatwiej nawiązywać nowe znajomości. Jakbym nie miał ich dosyć.

LinkedIn jest stroną innego typu. Służy tylko jednemu celowi - znalezieniu pracy. Podobno większość ludzi znajduje pracę dzięki poleceniu przez znajomych. Jako osoba, która przez prawie cztery lata starała się zaczepić w ściśle określonym miejscu, wiem jaka to cierniowa droga. Oczywiście są na świecie strony, takie jak ogólny Monsterhttp://www.monster.com albo też specjalizowany Dicehttp://www.dice.com , ale w moim przypadku były one tylko źródłem dodatkowego spamu od head hunterów. Nawiasem mówiąc ich życie stało się teraz bardzo łatwe - zamiast łowić zwierzynę, zapisują się na wszystkie możliwe strony z poszukującymi pracy, wpisują jak najwięcej słów kluczowych, a potem wysyłają standardowe listy. To prawie jak spam pracowy i nie mam wątpliwości, że tak samo jak spam opłaca się pomimo niskiego procentu odpowiedzi. Przez cały czas poszukiwania przeze mnie pracy nie dostałem żadnej, ale to dokładne żadnej oferty poprzez takie źródła. Być może moja sytuacja była nietypowa, ale chyba coś jest na rzeczy, bo np. Monster wyraźnie zaczyna zmieniać zasady działania. Dice denerwuje mnie autoreklamą, szczególnie pokazywaniem tych samych ofert pod różnymi datami.

W sumie najlepsze doświadczenia z tradycyjnymi stronami podającymi oferty miałem z Craig's Listhttp://www.craigslist.org (ciągle ma pacyfkę jako znaczek URL). To dzięki niej udało mi się znaleźć w dwa tygodnie pracownika, gdy poprzedni dał wymówienie. W takiej sytuacji szukanie przez znajomych jest mało przydatne, bo łańcuszki działają powoli. Ale podobno skutecznie. Choć pracy więcej nie szukam, to z ciekawości sprawdziłem, z kim połączeni są moi dwaj znajomi, którzy zaprosili mnie do LinkedIn. Okazało się, że jeden z nich, pan Artur, ma całkiem ciekawe koneksje - w Polsce. Muszę się przyznać, że oglądanie wspólnych znajomych wciągnęło mnie bardzo szybko. Przecież to praktyczna realizacja 6 stopni znajomości, tylko nie w Hollywood, por. mój felietonhttp://www.computerworld.pl/artykuly/artykul.asp?id=47751 , a w życiu zawodowym.

Zabawa w oglądanie kto zna kogo jest w moim przypadku jałowa, bo nie szukam pracy. Ale dla osób takich jak mój drugi kontakt z LinkedIn, który pracę utracił, jest to w gruncie rzeczy kwestia zasadnicza. Tak się szczęśliwie w życiu złożyło, że nigdy jeszcze nie dostałem wymówienia. Nie wiem więc, jak dokładnie czuje się człowiek, któremu zawalił się nagle świat. Widziałem jednak reakcje ludzi, którym doręczałem wymówienia. Nie jest to moment szczęścia. Posiadanie sieci znajomych, którzy mogą pomóc, jest wtedy kołem ratunkowym. Na pewno psychicznym, a może i zupełnie realnym. Dlatego podejrzewam, że połączone grupy zawodowe mają o wiele większe szanse na przetrwanie niż na przykład znajomości oparte na upodobaniach muzycznych.

Na razie trzymam kciuki za Ryszarda - zapewne niewiele mu się przydam jako łącznik z polską odnogą IT. Dziwne przypadki nie zdarzają się jednak same, trzeba im pomagać. A przy okazji można dowiedzieć się ciekawych rzeczy, także o kolegach felietonistach, np. jakie licea kończyli. Być może powinienem uzupełnić mój profil (na co nie miałem dotąd czasu zajęty nową pracą). Kto wie, może jakiś kolega z liceum będzie szukał pracy i ja mu pomogę?!


TOP 200