Połowa świata

Innowacja, wiedza oraz skłonność do zmian i podejmowania ryzyka - te cechy napędzają informatykę. Informatyka to ''piękna pani'', która przyciąga podobnych do niej: przedsiębiorczych, bystrych i dynamicznych. Takich jak Vahe, którego historię chcę Państwu opowiedzieć dzisiaj.

Innowacja, wiedza oraz skłonność do zmian i podejmowania ryzyka - te cechy napędzają informatykę. Informatyka to ''piękna pani'', która przyciąga podobnych do niej: przedsiębiorczych, bystrych i dynamicznych. Takich jak Vahe, którego historię chcę Państwu opowiedzieć dzisiaj.

Vahe jest Ormianinem z Erewania. W 1989 r. otrzymał propozycję uczestniczenia w wymianie studentów między AGH w Krakowie a macierzystą uczelnią. "I choć nie wiedziałem prawie nic o kraju, w którym miałem mieszkać przez parę lat, zdecydowałem się podjąć ryzyko" - pisze Vahe na swojej stronie internetowej. Następne 5 lat studiował w Krakowie na studiach magisterskich. W 1998 r., także na AGH, obronił doktorat na temat integracji baz obiektowych ze środowiskiem CORBA i w tym okresie miałem przyjemność poznać go osobiście. Vahe można określić mianem "znakomitego polskiego informatyka", bo jako profesjonalista jest produktem polskiego szkolnictwa wyższego - co powinno dać wszystkim nam do myślenia, szczególnie w kontekście dalszej kariery naszego bohatera. Kolejnym strzałem w dziesiątkę był wybór pracodawcy i tematu pracy - Vahe uczestniczył we wdrażaniu standardu CMM w krakowskim centrum Motoroli; pomagał w budowie programu szkoleń i m.in. dzięki jego wysiłkowi firma urosła z 20 do 120 osób w ciągu roku, nie przechodząc okresu chaosu.

"W 2000 r. zachciało mi się czegoś bardziej dynamicznego" - wspomina Vahe. Był szczyt internetowej gorączki, profesjonaliści z doktoratem dobrej uczelni przebierali w ofertach jak w ulęgałkach.

Vahe odrzucił zaproszenie od Microsoftu (mimo iż firma pokryła mu koszty przylotu na rozmowy) i znalazł się w start-upie w samym sercu Krzemowej Doliny: "W piątek jeszcze pracowałem w Polsce, w poniedziałek szedłem już do pracy w Kalifornii".

Potem przyszedł kryzys. "Było coraz gorzej, a po 11 września firma stanęła na skraju bankructwa" - pisze Vahe. I choć firma jednak w końcu wyszła na prostą, nie ustawał w poszukiwaniu nowych możliwości w informatyce: "Pracowałem dla firmy, która nie miała pieniędzy, płacili mi akcjami" - wspomina Ormianin z Krakowa. Z tej inwestycji nic jednak nie wyszło i Vahe zaczął szukać pracy. "W 2000 r. trzeba było na to 2, 3 godziny, w 2003 r. szukałem aż 3 miesiące" - wspomina cierpko. Aktualnie pracuje w eBay w San Jose, oglądając z bliska znowu to, co najbardziej na fali - odpowiada za bezpieczeństwo serwisu i zapobieganie oszustwom.

Po wymianie listów z Vahe mogę jeszcze dodać, że życzyłbym sobie, aby osoby, dla których polski jest językiem ojczystym, pisały tak poprawnie i bogato jak ów Ormianin z wykształceniem technicznym.

Z Erewania do Krakowa jest kilka tysięcy kilometrów na zachód; z Krakowa do Krzemowej Doliny - znacznie więcej. Vahe okrążył połowę kuli ziemskiej, a przy okazji zobaczył z bliska wiele z tego, co warto było zobaczyć: początek lat dziewięćdziesiątych w Polsce, wzlot i upadek dotcomów, rewolucję internetową i wszystko to, co przyniosła.

Czas wyjaśnić, dlaczego do dzisiejszego felietonu wybrałem właśnie tę historię. Otóż tygodnik Polityka kilka numerów temu (http://polityka.onet.pl/artykul.asp?DB=162&ITEM=1149118&MP=4 ), w artykule o polskich Ormianach napisał o "Wahe, niezwykle zdolnym i przedsiębiorczym chłopaku, który skończył w Polsce informatykę, aż któregoś dnia bez powodu nie przedłużono mu wizy". Spieszę donieść, że nasz Vahe od 1997 r. ma prawo stałego pobytu w Polsce i nie potrzebuje żadnej wizy. Nasz kraj traktuje zaś jako drugą ojczyznę ("czego po 3 latach nadal nie mogę powiedzieć o USA").

Wkrótce będziemy wybierać lidera eksportu w informatyce. Mam już swoją kandydaturę: najlepszym polskim produktem na rynkach międzynarodowych jest Vahe.


TOP 200