Pójdź dziecię, MEN cię uczyć każe (informatyki)

Bycie nauczycielem jest strasznym zawodem. Dzień w dzień trzeba użerać się z bandą cudzych bachorów, które wcale nie chcą się uczyć. Dlatego w Polsce jest przymus edukacji.

Bycie nauczycielem jest strasznym zawodem. Dzień w dzień trzeba użerać się z bandą cudzych bachorów, które wcale nie chcą się uczyć. Dlatego w Polsce jest przymus edukacji.

No i dobrze, że państwo dba o swoich przyszłych obywateli, woląc mieć mądrali zamiast przygłupów. Może już wyedukowani zmienią zasady jego działania. Tylko dlaczego nauczyciele muszą pełnić niewdzięczną rolę strażników więziennych skrzyżowanych z policjantami?!

Nic dziwnego, że słabo opłacani nauczyciele domagają się przywilejów. Ostatecznie służby mundurowe pracują w Polsce na emeryturę znacznie krócej niż reszta obywateli. Wprawdzie nauczycieli jest cała armia, większa od tej prawdziwej, ale nie domagają się oni niczego specjalnego. Ot, prawa do pomostówki, czyli nieco wcześniejszego przechodzenia na emerytury. Jak powiedziała w wywiadzie dla GW nauczycielka informatyki Małgorzata Witek (wiek 43 lata): "Nie wyobrażam sobie, żeby w wieku 60 lat uczyć dzieci informatyki. Przecież one już teraz wiedzą więcej ode mnie. A przecież się doszkalam. [...] Po lekcjach przygotowuję ćwiczenia na następny dzień - pracujemy na macintoshach, a w domu mam peceta, więc muszę to zrobić w szkole." I tu jest pies pogrzebany. Nie dość, że trzeba wbijać do głowy informatykę, to jeszcze robić to z pomocą jakichś macintoshy. Tfu, sodomia i gomoria.

Dla zachowania pełnej równowagi zacytuję pana Jarosława Lindera, który w Moim Jabłuszku napisał o swej niedoli makowego nauczyciela informatyki: "Sam muszę się gimnastykować i kilka tematów dotyczących Accessa realizuję pod Windowsem. Szkoda, że standardy egzaminu maturalnego tak ułożono, że bez tej aplikacji nie ma mowy o pełnym przygotowaniu do matury." Znaczy się, i tak źle, i tak niedobrze. Gdy jakiś nauczyciel (po)lubi macintoshe, to i tak nie może na nich zrealizować obowiązkowego programu nauczania. Ciekawe, dlaczego na maturze musi być właśnie Access, a nie jakaś inna relacyjna baza danych? Podobno mieliśmy mieć państwo obojętne technologicznie (osobiście wolałbym obojętne teologicznie). A tu taka wpadka już w szkołach. Przecież rzesze młodych, nauczone tworzyć bazy danych za pomocą produktu firmy Microsoft, w żaden sposób w dorosłym życiu nie dadzą sobie rady. Nawet jeśli, tak jak pani Witek, będą bezustannie doszkalać się. Pociechą jest to, że owa młodzież już dziś wie więcej niż jej nauczyciele.

Tak z ciekawości sprawdziłem, co z informatyki i na jakiej platformie uczą w moim lokalnym rejonie szkolnym w Kalifornii (Poway Unified School District). O dziwo, w rozkładzie zajęć dla szkół średnich nie znalazłem żadnych zajęć z czystej informatyki. Owszem, są zajęcia z i cyfrowego kina, pomieszane z obróbką drewna oraz z mechaniką samochodową. To też technologia. W dziale biznesowym jest wprowadzenie do komputerów, ale dotyczy ono robienia prezentacji za pomocą PowerPoint oraz podobnych umiejętności, potrzebnych "for being productive and contributing citizens of the 21st century". Szkolenie odbywa się na Windows, ale takie są realia biznesowe. Te realia powodują też, że emerytury nauczycielskie w Kalifornii są poważnie zagrożone. W sytuacji kryzysu budżetowego gubernator musi na czymś zaoszczędzić, więc zamierza ciąć emerytury tej najliczniejszej grupy pracowników oraz redukować jej inne przywileje. Zupełnie jak w Polsce.


TOP 200