Podróż za cztery dolary

Moja podróż za cztery dolary zaczęła się w piątek. Kupiłem te cztery dolary u cinkciarza, który co prawda nie stoi pod hotelem nucąc senną mantrę "czencz many", "czencz many", ale poza tym niewiele się różni... Siedzi w Internecie, na imię ma Visa, na nazwisko International, a kursy ma prawdziwie cinkciarskie.

Moja podróż za cztery dolary zaczęła się w piątek. Kupiłem te cztery dolary u cinkciarza, który co prawda nie stoi pod hotelem nucąc senną mantrę "czencz many", "czencz many", ale poza tym niewiele się różni... Siedzi w Internecie, na imię ma Visa, na nazwisko International, a kursy ma prawdziwie cinkciarskie.

Cztery dolary (słownie: cztery) kupiłem u rzeczonego cinkciarza, podając numer swojej karty kredytowej w serwisie Turbo Squid, zrobionym "przez prawdziwych informatyków dla prawdziwych informatyków". Ufam prawdziwym informatykom jak nie wiem co, choć kontrolę wydatków karty kredytowej mam offline - i to mocno offline. O tym, czy Turbo Squid mnie nie okradł, dowiem się dopiero za miesiąc, kiedy przyjdzie rachunek z karty. Ale czymże jest ryzyko wobec podróży w krainę wspomnień za jedyne cztery dolary?

Za cztery dolary, dodajmy, mógłbym kupić parę innych rzeczy. Mógłbym pójść na pizzę i piwo (małe) do lokalnej pizzerii. Mógłbym kupić aż trzydzieści kilo ziemniaków na targu, mógłbym pójść do Multikina (w tygodniu i przed południem) albo postawić samochód aż na trzy godziny w centrum Poznania. Ja jednak za te pieniądze odbywam podróż w krainę wspomnień.

Serwis Turbo Squid potwierdza w moim banku, że ja to ja i że dysponuję czterema dolarami (no pewnie że dysponuję, może nie jestem milionerem, ale cztery "papiery" mam!). Ściąga dwa dolary prowizji, a pozostałe dwa przekazuje dwóm monachijczykom, Rolfowi-Dieterowi Kleinowi oraz Martinowi Ulrichowi - zapewne po jednym dla każdego. Proszę zobaczyć, ile osób już zarobiło: bezpośrednio cinkciarz nazwiskiem Visa International, "prawdziwki" z Turbo Squid i dwaj Bawarczycy. Pośrednio - także banki i operatorzy internetowi. Kasa płynie, biznes się kręci, akcje rosną, a ja wyruszam w podróż wspomnień - a wszystko za cztery dolary.

Tyle właśnie zapłaciłem za kod odblokowujący grę Ports of Call, w której wcielam się w armatora i przewożę z miejsca na miejsce różne towary. Była to pierwsza gra, w którą grałem u kolegi na legendarnym komputerze Amiga, do dziś z łezką wspominanym przez tysiące użytkowników. Gra ma wszystkie zalety, które taki staroć mieć powinien: jest wprost obrzydliwa graficznie, ma archaiczny dialog z użytkownikiem, na współczesnym komputerze jest nierealnie przyspieszona - no, słowem, na pierwszy rzut oka w ogóle niewarta przedpołudniowego seansu w Multikinie, nie mówiąc o trzydziestokilogramowym worku ziemniaków lub trzygodzinnym postoju na płatnym, choć niestrzeżonym parkingu w centrum mojego miasta.

A jednak jest coś w starych grach, "jak w starych obrazach i złotych lichtarzach" (to Beata Kozidrak z tych mniej więcej czasów, z których pochodzi Ports of Call). Stwierdzam to, gdy na zegarze wybija druga w nocy, a ja właśnie łapię kurs z metalami szlachetnymi z Vancouver do Karaczi. Wraz z dostawą broni z Nowego Jorku do Aleksandrii da mi to jakiś milion na czysto, po odliczeniu kosztów paliwa i amortyzacji statków. No i skrzynki z Monrowii do Rotterdamu. Nie pytam, co w nich jest - za pół miliona nie zadaje się takich pytań. Gdyby w Rotterdamie policja celna się czepiała, mam przygotowaną dla nich okrągłą sumkę. Celnik też człowiek, wszyscy muszą sobie jakoś pomagać. Przynajmniej terminowo spłacam odsetki i nie stosuję kreatywnej księgowości. A wszystko zacząłem za cztery dolary z mojej własnej karty kredytowej.

Założę się, że też lubią Państwo stare, proste gry. A może to nie gry nas tak wciągają? Może płacimy za podróże do krainy wspomnień - podróże za jedyne cztery dolary?


TOP 200