Podglądactwo

W drugiej już połowie lat osiemdziesiątych zdecydowałem, że w jednym dniu każdego tygodnia będę chodzić do pracy na drugą zmianę. Miało mi to dać nieco czasu na zajmowanie się właściwą informatyką, a nie tylko bieżącymi sprawami tzw. eksploatacji, którą przyszło mi wówczas kierować w sporym ośrodku obliczeniowym. Ośrodek pracował całą dobę na okrągło, tak że z tą drugą zmianą nie było żadnego problemu. W każdy piątek więc zaczynałem pracę o 2.00 po południu i kończyłem nierzadko w okolicach północy.

W drugiej już połowie lat osiemdziesiątych zdecydowałem, że w jednym dniu każdego tygodnia będę chodzić do pracy na drugą zmianę. Miało mi to dać nieco czasu na zajmowanie się właściwą informatyką, a nie tylko bieżącymi sprawami tzw. eksploatacji, którą przyszło mi wówczas kierować w sporym ośrodku obliczeniowym. Ośrodek pracował całą dobę na okrągło, tak że z tą drugą zmianą nie było żadnego problemu. W każdy piątek więc zaczynałem pracę o 2.00 po południu i kończyłem nierzadko w okolicach północy.

Siedząc przy samym oknie, miałem przed oczami opustoszały fragment ulicy, leżący naprzeciw głównego wejścia do budynku dyrekcji Zakładów, częścią których był wspomniany ośrodek. Nie należę do osób szczególnie spostrzegawczych, ale, po iluś tam popołudniach, uwagę mą zwrócił mały Fiacik po drugiej stronie ulicy. Stał on tam sobie, a w środku cały czas ktoś siedział. Około szóstej nieopodal zatrzymywał się inny Fiacik, z którego nikt nie wysiadał, a w kilka minut po jego zjawieniu się, ten pierwszy odjeżdżał.

Niestety - nie byłem na tyle ważny, aby mnie właśnie w ten sposób obserwowano, bo, jak zauważyli potem koledzy pracujący na zmiany, rytuał ten powtarzał się każdego dnia, a nie tylko w moje piątki. Jeżeli w ogóle miało to jakiś związek z obserwacją konkretnych osób, to była to - trzeba przyznać - metoda z dzisiejszego punktu widzenia niezmiernie prymitywna i chyba mało skuteczna.

W obecnych warunkach ówczesna władza (jeżeli ona za tym stała) miałaby łatwiejsze zadanie: wystarczyłoby dać pracownikom telefony komórkowe, aby ich śledzić do woli i ze znaczną dokładnością ustalać miejsce, gdzie on (telefon, nie człowiek) się znajduje. Możliwości zaś poruszania się bez telefonu, kontrolowanego wyłączania go czy zamieniania się na telefony z kimś

innym, stworzyłyby cały nowy zakres ulubionych zabaw ludu polskiego w konspirację, czego licznym osobom tak bardzo teraz brak. To znaczy można by było nadal konspirować, uprawiając różne gry z telefonami, ceną jednak byłaby już nie gloria prześladowanego przeciwnika panującego reżimu, lecz zwykłe wyrzucenie z pracy.

Bo dziś, dzięki osiągnięciom techniki możliwości obserwacji ruchu i zachowań pracowników są zwykłą usługą oferowaną chociażby przez operatorów telefonii komórkowej. O ile niektóre firmy światowe, eufemistycznie zapewne, ale jednak, mówią, że usługa ta ma przede wszystkim zapewnić bezpieczeństwo ludzi, sprzętu i towarów (a oferowane przez nie telefony mają wbudowane odbiorniki GPS), to jeden z naszych operatorów beż żenady mówi o "śledzeniu" i "namierzaniu".

W takiej np. Wielkiej Brytanii tamtejszy odpowiednik naszego rzecznika praw obywatelskich domaga się, by o każdej prowadzonej obserwacji i jej celu, nawet jeżeli jest to tylko kamera przy wejściu, pracownicy byli formalnie informowani. A nasz operator oferuje coś właśnie przeciwnego - czyli obserwację tajną.

To zaś może okazać się skuteczniejsze, niż niegdysiejsze metody działania służb mniej lub bardziej niejawnych, wszelakiej bezpieki nie wyłączając. Jak będzie trzeba, to właściciel (a zarazem i pracodawca) sprawdzi, kto w niedzielę omijał z daleka kościółek, czy nie włóczył się, gdzie nie powinien, i czy ślad drogi "namierzanego" wiódł, gdy trzeba, przez lokal wyborczy.

W tym ostatnim zaś - po coś w końcu daje się te telefony z aparatami fotograficznymi - trzeba będzie sfotografować, przed wrzuceniem, swą wypełnioną kartkę wyborczą i wysłać zdjęcie do szefa.

Co? Że w lokalach wyborczych nie wolno fotografować? Jeżeli nawet taki przepis jeszcze jest, to się go jak najszybciej zmieni.

Zakazy fotografowania już były, a teraz mamy przecież w końcu demokrację.


TOP 200