Pocztowy darwinizm

Wygląda na to, że zostałem Wiecznym Tułaczem. Nie żalę się Państwu, ale gdy okazuje się, że w ciągu 50+ lat życia przeprowadzałem się co najmniej 17 razy (średnio co trzy lata), to zaczynam sobie myśleć o jakimś fatum.

Wygląda na to, że zostałem Wiecznym Tułaczem. Nie żalę się Państwu, ale gdy okazuje się, że w ciągu 50+ lat życia przeprowadzałem się co najmniej 17 razy (średnio co trzy lata), to zaczynam sobie myśleć o jakimś fatum.

Kiedy przyszło mi zmienić mieszkanie po raz osiemnasty z powodu zalania sypialni oraz porośnięcia jej przez tzw. grzyba, postanowiłem wykorzystać sytuację. Dwa lata temu, patrzhttp://www.apple.com.pl/kuba/archiwum/405.html , przez jakiś czas po prostu żyłem bez dostępu do Internetu. Było to doświadczenie wyjątkowo stresujące i w sumie mało pozytywne jeśli chodzi o efekty. Mówiąc krótko, efektów nie było żadnych, poza wyalienowaniem się z tłumu.

Tym razem zamiast cierpieć chciałem zadziałać. Przede wszystkim zacząłem jednak myśleć. Co na początku XXI wieku najbardziej dolega człowiekowi? Nie mam wątpliwości: spam. Można go oczywiście filtrować, czytać dla rozrywki, można nawet uczynić sensem życia, ale pozostanie on zakałą naszego świata, znacznie gorszą do zniesienia niż wszelkie epidemie. Ostatecznie ilu ludzi cierpi na tzw. chorobę szalonych krów albo na kurzą grypę? Zaś świński (aby pozostać przy nazwach zwierzęcych oraz analogii z mieloną szynką) spam zatruwa życie milionów. Także mnie. Ile bowiem razy można kupować pigułki V*I*A*G*R*Y, albo przedłużać sobie to, czego niestety natura mi poskąpiła? O pomaganiu nigeryjskim wdowom, potwierdzaniu hasła rachunku bankowego, którego nie mam oraz zaciąganiu kolejnych pożyczek pod zastaw rezydencji, której nie posiadam (jakbym posiadał, to przecież nie musiałbym szwendać się po wynajętych mieszkaniach) nie wspominam, bo o tym pomyślę jutro, jak mawiała Scarlett O'Hara.

Uważni Czytelnicy internetowi zauważyli już zapewne, że na stronach CW pojawił się mój nowy adres pocztowy. To właśnie pierwsza część mego planu. Dzięki wspaniałomyślności firmy Google założyłem sobie konto w 10 sekund. Następne 10 minut zajęło mi przeniesienie książki adresowej, a właściwie tylko jej części. To druga część przedsięwzięcia. Dotąd, gdy przeprowadzałem się, to do wszystkich, z którymi kiedykolwiek miałem kontakt, rozsyłałem list informujący o nowym adresie. Zwykle na kilkaset adresów kilkanaście okazywało się być przeterminowane, zaś kilka powodowało natychmiastowy zalew spamem - komputery zarażone wirusami są niestety całkiem popularne, szczególnie w Polsce. Tym razem przejrzałem katalog wszystkich listów, które dostałem w roku 2005. Na moją nową listę adresową wstawiłem tylko te adresy, z których maile pojawiły się choć trzy razy.

Moje rozumowanie jest proste: jeśli przez ostatni rok ktoś nie napisał do mnie minimum trzech listów, no to znaczy, że nie zależy mu na kontaktach mailowych ze mną. Można dyskutować, czy liczba odcięcia powinna być trzy, czy też może pięć, ale sama zasada pozostaje bez zmian. Koresponduję tylko z tymi, którzy chcą korespondować ze mną. Okazało się, że takich spolegliwych korespondentów (a może epistolografomanów?) mam zaledwie 46. A i to kilka osób z tej listy załapało się na nią tylko dlatego, że mam do nich sentyment, nie zaś dlatego, iż napisały do mnie coś ciekawego poza potwierdzeniem otrzymania mego listu. Google automatycznie oznacza wszystkie adresy kontaktowe często używane. W ten sposób następnym razem, kiedy mój adres pocztowy znowu stanie się popularny wśród spamerów (dlatego też NIE podaję go w tym felietonie), po prostu założę sobie kolejną skrzynkę i zacznę zabawę od nowa - z jeszcze mniejszą liczbą korespondentów.

W taki prosty sposób darwinizm mailowy pozwoli mi wyłuskać spośród znajomych wszystkich tych, którzy lubią pisać i piszą do mnie. Nie ma to jak selekcja naturalna!


TOP 200