Po wojnie

ZUS przelał na konto funduszy emerytalnych 1% tego, co powinien. Prezes obiecuje resztę za kilka(naście) dni. W dokumentach znalazł ponad 300 000 błędów. A kto, przepraszam, projektował te dokumenty?

ZUS przelał na konto funduszy emerytalnych 1% tego, co powinien. Prezes obiecuje resztę za kilka(naście) dni. W dokumentach znalazł ponad 300 000 błędów. A kto, przepraszam, projektował te dokumenty?

Gdyby to robili uczeni lub fachowcy, to wpierw wypróbowaliby prototyp na małpach, mówi stare powiedzenie o twórcach ustroju wiecznej szczęśliwości. Z tym oddawaniem składek wcale się ZUS nie spieszy, bo i tak nie ma informacji o dotychczasowych składkach ludności. Oficjalne osoby z ZUS pouczają ludność, by dostarczyła takich informacji do Zakładu. Niech ludność poszuka po szufladach, zwróci się do archiwów akt nowych, a wreszcie do zakładów pracy, które powinny mieć potrzebne dane. Gdy odpowiedzą, że nie mają, sprawę należy oddać do sądu.

ZUS najwyraźniej uważa nas za głuptaków. Przez lata płaciliśmy składki, a zakłady pracy obciążały nas kosztami administracyjnymi. Nie pytając nas zresztą o zgodę. Takie były reguły gry. Aż tu stworzono nowy system ubezpieczeń, w którym reguły się zmieniły. Autorzy nie sformułowali zasad przejściowych, ale szybko zlecili komputeryzację ZUS. Teraz co jakiś czas ZUS może tłumaczyć zakłócenia opóźnieniami Prokomu. Ten z kolei ustami prezesa wskazuje przyczyny opóźnień po stronie ZUS (Informatyka 5/99). Prokom dowodzi, że żaden programista nie może efektywnie pracować, znając tylko projekty przepisów prawnych. Ale odkrycie! Cały czas bębnię: komputeryzowanie czegoś, czego nie ma (np. systemu ubezpieczeń), jest dowodem niekompetencji graniczącej z nieuczciwością. Dodam jeszcze, że komputeryzowanie istniejącej organizacji bez analizy potrzeb i wymagań użytkowników (w tym przypadku jeszcze klientów utrzymujących ZUS) jest fuszerką.

To jeszcze nie koniec atrakcji, jakie przygotował nam ZUS. W ciągu 5 lat mamy dostarczyć ZUS-owi informacji o wpłaconych składkach ubezpieczeniowych. Kto nie ma, musi coś zrobić, bo nasz łaskawca nie wypłaci emerytury. Pieniądze zbierał, ładował do jednej kieszeni, z której wypłacał świadczenia nie zapisując (mniejsza o przyczynę) naszych składek. Teraz mówi: wiemy, że płaciliście, ale trzeba to udokumentować. Nic ich nie obchodzi, iż nie mieliśmy takiego obowiązku ani możliwości. Jeśli nie uda się nam otrzymać dokumentacji ze wspomnianych wyżej źródeł, dostajemy jeszcze jedną szansę. Możemy zebrać oświadczenia świadków o zatrudnieniu (i wysokości zarobków?). Z takimi zaświadczeniami trzeba wystąpić do ZUS-u, który uzna je lub nie.

W tym miejscu można powspominać doświadczenia rodziców i dziadków, którzy potrzebowali takich zaświadczeń, podczas wojny bowiem zginęła dokumentacja ich zatrudnienia. Kiedy przyszło się im starać o emerytury, nie mieli wyjścia - musieli takie zaświadczenia zebrać i przedłożyć ZUS-owi. ZUS raz uznawał oświadczenia, a raz nie, dość, że bywali renciści, którym płacono renty za walkę w partyzantce w wieku 12 lat. Za kilka lat ZUS pewnie uzna do emerytury zarobki pracownika Ursusa lub zarobki górnicze w kopalni, która przez kilka lat nie płaciła ubezpieczenia, a zakwestionuje lata pracy poświadczone przez kolegów laboranta z uczelni. Ta ostatnia nie będzie miała dokumentacji, gdyż przez lata nikt tam nie chciał pracować w administracji za marne grosze. Uczelnia, oczywiście, płaciła ubezpieczenie za pracowników, ale nie rejestrowała, ile za kogo. Wcale też nie była zobowiązana do rejestrowania opłat ubezpieczeniowych za laboranta.

I po co nam wojna?


TOP 200