Po wakacjach szkoła

Nowy rok szkolny tuż-tuż, ale na razie trwają jeszcze wakacje, więc trafia nam się szczęśliwie temat, który stanowi pomost łączący szkołę z jedynym nietrafnym pomysłem Juliusza Verne'a (pamiętacie to? - Nauczyciel do dzieci: - ''Wszystkie pomysły z tytułów powieści Juliusza Verne'a doczekały się realizacji''. Na to rezolutny uczeń: - ''A dwa lata wakacji?'').

Nowy rok szkolny tuż-tuż, ale na razie trwają jeszcze wakacje, więc trafia nam się szczęśliwie temat, który stanowi pomost łączący szkołę z jedynym nietrafnym pomysłem Juliusza Verne'a (pamiętacie to? - Nauczyciel do dzieci: - ''Wszystkie pomysły z tytułów powieści Juliusza Verne'a doczekały się realizacji''. Na to rezolutny uczeń: - ''A dwa lata wakacji?'').

Trawestując piosenkę z Kabaretu Starszych Panów, można by rzec, że "w czasie lata dzieci się gubią". Miejscami najczęstszych chwilowych zaginięć są imprezy masowe, na które rodzice zabierają swoje pociechy. Te zaś potrafią zniknąć w ułamku sekundy nie tylko w zakamarkach muzeów, pałaców, zamków i skansenów, ale nawet w otwartej, widocznej na kilometr przestrzeni.

Megafonowe poszukiwania rodziców i opiekunów były stałym repertuarem Międzynarodowych Targów Poznańskich w czasach, gdy w ciągu roku odbywała się tylko jedna impreza targowa, ale trwała za to aż dwa tygodnie i jeden dzień. W trzy targowe niedziele zjeżdżało do Poznania pół Polski z odpowiednią reprezentacją najmłodszego pokolenia, dla którego był to rodzaj festynu połączonego z piknikiem, a także okazja do zobaczenia, pierwszy raz w życiu, żywego Chińczyka czy czarnoskórego.

Czerwcowy upał robił swoje, więc już koło południa panie moczyły w fontannie zmęczone włóczęgą po targowych pawilonach stopy, a panowie, po tradycyjnej kiełbasce zapitej piwkiem, przysypiali na ławeczkach. Nic tedy dziwnego, że zostawiona sobie latorośl nie mogła znaleźć drogi powrotnej do rodziców pośród labiryntu pawilonów i eksponatów.

A potem były, często wielokrotne, komunikaty przez targowy radiowęzeł, wzywające do odbioru zapłakanych najczęściej (bo tak w ogóle, to niezbyt miło zgubić się, w dodatku w obcym miejscu) pociech z targowego komisariatu. Dla ścisłości trzeba dodać, że tą sama drogą, czyli przez targowy radiowęzeł, poszukiwali się dorośli, którym też przychodziło się zgubić. By być całkiem ścisłym, nie można nie zauważyć, że były i przypadki, gdy ogłaszano, że grupa dzieci w komplecie czeka na opiekuna, który się gdzieś zawieruszył (kiełbaska, piwko, ławeczka, słoneczko...).

Oczywiste jednak jest, że skłonność do gubienia się jest uniwersalną cechą wszystkich dzieci, i - skoro już muszą się one gubić - podjęto ostatnio radykalne, rzec można, próby zwiększenia szans na ich szybkie odnajdywanie. A dzieci giną szczególnie tam, gdzie jest ich więcej niż dorosłych, czyli w miejscach takich jak np. Legoland.

Nic dziwnego tedy, że każdemu wchodzącemu dziecku można tam założyć na rękę bransoletkę z identyfikatorem RFID, podobnym do tych, jakie tu i tam próbuje się stosować do znakowania towarów. Dyrekcja tego miejsca obiecuje zaś zawiadamiać SMS-em rodziców o odnalezieniu pociechy (z której zniknięcia może nie do końca zdali sobie sprawę...). Złośliwi i zawistni sceptycy mówią co prawda, że tak naprawdę to Legolandowi chodzi tylko o lepszą wiedzę o zachowaniach zwiedzających, ale wiemy, jacy są zawistnicy...

Wyniki tej próby muszą być obiecujące, skoro Japończycy chcą już w ten sposób znakować dzieci w szkołach. Pomysł jest nie tylko dobry, ale i perspektywiczny: wszak wszystkie ruchy ideologiczne od dawna wiedzą, że najłatwiejsza i najtrwalsza w skutkach jest indoktrynacja najmłodszych. Przyzwyczai się taki w małości i, gdyby mu to potem zabrać, będzie czuł się zagubiony, mimo że wcale się nie zgubił.

Miną ze dwa pokolenia i - jeżeli w Poznaniu będą jeszcze wtedy targi - komputery z łatwością namierzą i skojarzą obie strony - i dzieci, i rodziców, a same namierzające systemy przydadzą się również przy innej okazji.

Przy każdej okazji.