Po namyśle

Mamy za sobą Wielkanoc, która ma tę przewagę nad minioną gwiazdką, że dopiero co była. Z każdym dniem jednak, w miarę zbliżania się kolejnego Bożego Narodzenia, będzie tę wyższość tracić. Myślę, że podobnie jest ze sprawą - jak to ładnie określił kolega felietonista - "świata matematycznego i humanistycznego", która to sprawa pojawiła się na tych łamach za przyczyną dyskusji o komunikatywności informatyków.

Mamy za sobą Wielkanoc, która ma tę przewagę nad minioną gwiazdką, że dopiero co była. Z każdym dniem jednak, w miarę zbliżania się kolejnego Bożego Narodzenia, będzie tę wyższość tracić. Myślę, że podobnie jest ze sprawą - jak to ładnie określił kolega felietonista - "świata matematycznego i humanistycznego", która to sprawa pojawiła się na tych łamach za przyczyną dyskusji o komunikatywności informatyków.

Mój nieżyjący już stryj, który był znanym fizykiem, porównywał swą dziedzinę z poezją i czynił to w sposób nie tylko przekonywujący, ale także zrozumiały dla tych, którzy od zawsze byli z dziedzinami ścisłymi na bakier.

Moim problemem jest to, że jeden z tych światów nie sprawiał mi większych trudności poznawczych (w przeciwieństwie do drugiego), czego wynikiem były rozliczne próby noszenia gałązki oliwnej od jednych do drugich. W praktyce sprowadzało się to do spędzania czasu na barykadzie, gdzie najłatwiej oberwać od każdej ze stron. Co gorzej - umiejętność posługiwania się słowem fascynowała mnie na równi z właściwościami liczb czy prawidłowościami tkwiącymi w naturze.

Inaczej na to patrzy np. moja córka, która odróżnia napięcie od natężenia i potrafi je zmierzyć, a także daje sobie radę z wymianą szczotki w odkurzaczu (tej węglowej, w silniku elektrycznym!) czy żarówki migacza w samochodzie. W jej przekonaniu jednak do wykonywania tych czynności można się zniżyć tylko w wyniku tzw. konieczności życiowej, ale tak w ogóle - są one jedną wielką nudą i czystą stratą czasu.

Mam w domu pękatą teczkę, do której odkładam instrukcje obsługi najróżniejszych urządzeń technicznych. Wiele z tych przedmiotów dawno nie istnieje, lektura samych instrukcji zaś dowodzi jednego: ludzie techniki, często zapewne fachowcy wysokiej klasy, mają elementarne kłopoty z przystępnym objaśnieniem zasad działania i obsługi urządzeń, do których powstania się przyczynili. I nie ma istotnej różnicy, czy napisano to trzydzieści, piętnaście czy kilka lat temu.

Gdy zdawałem maturę, matematyka była przedmiotem obowiązującym, a za przedmiot dowolny wybrałem fizykę. Uważam jednak, że powrót do obowiązku zdawania matematyki jest tylko osobistą fanaberią byłego ministra oświaty, który akurat okazał się matematykiem (a którego urzędnicy mieli kłopoty z liczeniem pieniędzy, co zdaje się potwierdzać maksymę Wielkiego Mędrca Boya - "są tacy, którzy lubią myśleć ściśle, i nawet głupstwa robią po namyśle").

W dawnych latach parałem się nieco korepetycjami z matematyki. Jeszcze w latach licealnych moimi uczniami byli głównie ludzie starsi, którzy uzupełniali braki w dziedzinie zwanej arytmetyką gospodarczą. Później, już podczas studiów, pomagałem osobom studiującym zaocznie, które naprawdę wkładały w to mnóstwo wysiłku i traktowały sprawę niezmiernie serio, a efekty były co najwyżej takie sobie. To naprawdę nie jest tylko sprawa chęci i pracy. Ludzie ci mogą wykorzystać czas ze znacznie większym pożytkiem dla siebie i otoczenia, zajmując się czymś innym. Tym zaś, którzy twierdzą, że umiejętność liczenia może się przydać do liczenia odsetek od oszczędności, proponuję złożyć tę samą kwotę, na ten sam okres i z tym samym oprocentowaniem w kilku bankach. I niech próbują potem dojść źródła różnic w otrzymanych odsetkach...

Znacznie bardziej niż braki ścisłego rozumowania w wypowiedziach i słowie pisanym drażnią mnie próby wiązania ludzkich losów z położeniem gwiazd, horoskopy, magia i czary, liczne przykłady, czego można znaleźć dziś niemal wszędzie. Jest to szczególnie irytujące i zarazem smutne, gdy tym niepoważnym sprawom naukowej powagi próbują dodawać osoby z profesorskimi tytułami.


TOP 200