Playboy

No, to trafiło nam się z tymi wakacyjnymi felietonami. Najpierw stary, ale ciągle dobry i aktualny serial brytyjski wprowadził nas w sprawy pretensjonalności i obłudy. Stamtąd zaś - naturalna niemal w takich przypadkach - ścieżka poprowadziła nas w kierunku spraw frywolnych, które tej obłudy są jakby zaprzeczeniem.

No, to trafiło nam się z tymi wakacyjnymi felietonami. Najpierw stary, ale ciągle dobry i aktualny serial brytyjski wprowadził nas w sprawy pretensjonalności i obłudy. Stamtąd zaś - naturalna niemal w takich przypadkach - ścieżka poprowadziła nas w kierunku spraw frywolnych, które tej obłudy są jakby zaprzeczeniem.

I tak już pewno zostanie, bo wygląda, że tego lata, w naszym tu przypadku, temat ten wystąpi w roli, jaką gdzie indziej w tym czasie pełni uroczy wąż ze szkockiego jeziora. Tym milej jednak, że tym razem rzeczona frywolność łączy się - i to nawet dość ściśle - ze sprawami naszej branży.

Ponieważ jednak przypadki, o których za chwilę, można uznać za emanację połączonych sił seksu, braku mądrości i... informatyki (kolejność całkiem przypadkowa), więc - by wzmóc ciekawość - najpierw o braku mądrości. Ostrożnie jednak, bo idzie o człowieka sędziwego, który z tytułu samego już wieku zasługuje na szacunek.

Jak otóż doniósł niedawno (3 lipca) New York Times, 91-letni mieszkaniec Teksasu pojawił się pewnego dnia w lokalnym banku i wręczył kasjerowi kartkę z napisem "NAPAD!". Ten najpierw się zdziwił, ale uległ słownej groźbie przemocy (zupełnie bez pokrycia!) i wypłacił sumę 2 tysięcy dolarów. Sprawcę aresztowano i skazano na 12 lat, co - w jego przypadku - jest zapewne więcej niż dożywociem.

W innym natomiast stanie USA pewien młody człowiek w drodze do narzeczonej wpadł po trochę grosza do mijanego akurat banku (a jechał taksówką). Skasował równe 5 tysięcy, ale do lubej nie dotarł, bo kilka przecznic dalej czekała nań policja. Wyrok: rok więzienia i 5 lat nadzoru. W przeciwieństwie do staruszka sąd dał mu szansę rehabilitacji: następnym razem zrobi to w drodze od niej, kiedy to nie będzie mu już tak spieszno.

Wróćmy jednak do tematu właściwego: być może niektórzy z Was pamiętają doniesienia sprzed paru miesięcy o rzekomym włamaniu do komputerowej bazy klientów szacownego i zasłużonego (serio, bez ironii) pisma Playboy. Wiadomość o tym pojawiła się w serwisach i znikła, nie czyniąc sensacji, bo podobnych przypadków mamy przecież na pęczki. Być może jednak wieść ta była źródłem pewnego dyskomfortu dla niektórych klientów tego serwisu, którzy niekoniecznie życzyli sobie, by ktoś poza nimi o tym się dowiedział.

Po czasie okazało się, że atak taki jednak miał miejsce i był skuteczny. Zamachowcem okazał się sfrustrowany niedoszły informatyk, chwilowo zajmujący się układaniem towarów na półkach w jakimś supermarkecie. Człowiek ten, działając z komputera w piwnicznej izbie w domu rodziców, uzyskał 2 nazwy użytkowników z hasłami, należące do klientów Playboya i na tej podstawie zaczął szantażować redakcję.

Ta, nie wiedząc, ile naprawdę traciła, podjęła negocjacje. Włamywacz okazał się twardy i nieustępliwy, a jego żądanie było proste i jasne: 100 (słownie: sto) dolarów. Kwota w takich przypadkach to jednak dopiero początek sprawy, równie ważna jest forma jej przekazania. Tu również instrukcje były proste: przelew na mój rachunek bankowy taki-to-a-taki.

Redakcja grzecznie przelała pieniądze (bo nikt dziś nie czuje się w tej materii bezpieczny), a wszystkich zastanawia fakt, dlaczego policja potrzebowała aż kilku miesięcy, aby nieszczęśnika (bo czy wypada określać go inaczej?) aresztować. Jak to ktoś określił - chyba tak długo nie mogła pozbierać się ze śmiechu.

A teraz - w tonacji już poważniejszej - Playboy, nie czekając na efekt, zlecił rewizję stanu swego bezpieczeństwa informacyjnego, co trochę kosztowało. Jej wynikiem jest tylko zalecenie wymiany całego środowiska bazy danych, czego koszt wyraża się już liczbą siedmiocyfrową (a ofertę na to złożył pewnie wykonawca rewizji).

Wyszło więc jak zwykle: jeden miał pomysł, a drugi na nim zarobił.


TOP 200