Pieniądze na optymizm

Skoro tydzień temu uczepiłem się drukarek, przejdę szlakiem drukarek do optymizmu. Do optymizmu nieco trudnego, ale - miejmy nadzieję - dającego się usprawiedliwić.

Skoro tydzień temu uczepiłem się drukarek, przejdę szlakiem drukarek do optymizmu. Do optymizmu nieco trudnego, ale - miejmy nadzieję - dającego się usprawiedliwić.

Otóż podobno w Błoniu jeszcze istnieje polska fabryka drukarek. Podobno produkuje jakieś drukarki. Podobno ma nawet własne uzdolnione zaplecze software'owe i konstruktorskie. Podobno ma też menedżerów. I podobno jest dobra - lecz nikt jej nie chciał kupić i zainwestować w jej dalszy rozwój.

Lecz rynek drukarek jest rynkiem absurdu.

Policzmy: "chip" dla drukarki, przy skali produkcji przemysłowej, kosztuje kilka dolarów (choć za controller do drukarki potrafią na rynku zarządać, o zgrozo, i sto kilkadziesiąt dolarów!). Cały hardware - do stu dolarów, nawet przy zakupie głowicy dla drukarki igłowej za granicą. Ponadto przeciętny użytkownik komputera osobistego nie potrzebuje wielu opcji, jakichś przebogatych możliwości. Potrzebuje sprzętu łatwego w obsłudze, bez bicia rekordów szybkości druku, za to - niezawodnego.

Dodajmy - rynek odbiorcy jest ogromny, nawet w skali naszego kraju. A dla taniej, solidnej, poręcznej drukarki pracującej z PC, w cenie detalicznej poniżej 180 USD, rynek jest w ogóle nieograniczony. Zwłaszcza że nie zapowiada się, by sprzedaż komputerów osobistych miała spadać.

I pomyślmy: Polska, kraj, gdzie pisma komputerowe dla dzieci biły światowe rekordy sprzedaży, gdzie rynek komputerowy ciągle rośnie, a zaopatrują się na nim i nabywcy z byłego ZSRR, otóż ta Polska nie potrafi rozwinąć u siebie przynajmniej produkcji drukarek.

Ta Polska, gdzie praca żywa jest obecnie tańsza niż w Singapurze czy na Tajwanie (nie mówiąc już o Korei), nie umie spożytkować własnych atutów.

Podobno Izba Telekomunikacji i Informatyki jest zadowolona. Przepraszam, przy całej sympatii - nie widzę podstaw. Nasze talenty software'owe pracują dla zagranicy; zamówienia na wielkie projekty software'owe przyjmuje zagranica, która potem angażuje do ich wykonania - Polaków. Rozumiem że to się opłaca; ale rynek software'owy zaleją z czasem, w ciągu najbliższych piętnastu lat, inni Azjaci poza Hindusami, jeszcze tańsi od nich (miejmy nadzieję, że nie tak utalentowani). Wielcy producenci oprogramowania sięgną po nich, jak dziś sięgają po Polaków. Może to więc Polacy powinni sami wejść na rynek jako wielcy producenci...?

Rozumiem, nie od razu. Wiem, ile trzeba wysiłku dla zgrupowania ludzi zdolnych; rzadko się zdarzają przywódcy, leaderzy wielkich programów, którzy łączą poczucie wizji ze zdolnością sympatii do innych zdolnych ludzi. Takie ewenementy software'owe jak zespół K-202 może być bardzo trudno powtórzyć; ale na Zachodzie ludzi wiążą nie tylko pieniądze; pieniądze czasem ich raczej dzielą - żeby przypomnieć twórców Apple'a. I to pieniądze idą za ambicją, nie odwrotnie...

Nie lekceważę pieniędzy. Pół życia przypominam Polakom (także serialem telewizyjnym) metody robienia wielkich pieniędzy z pieniędzy małych i bardzo małych. Ale dziś, kiedy nie ma w Polsce banku wyspecjalizowanego w rynku komputerowym (polskie banki nie specjalizują się w żadnych rynkach), nie ma kto z takim Błoniem rozmawiać z pozycji kompetentnego, stawiającego warunki inwestora. Tak, jak nie ma - o ile wiem - żadnego partnera (znowu!) Jacek Karpiński, którego kasa fiskalna zbiera podziw i zamówienia.

To nieprawda, że w Polsce nie ma pieniędzy. Są, tylko są to pieniądze niezorganizowane. Polskie pieniądze nie pracują. A przynajmniej nie pracują dla swoich właścicieli.

Dowód? Polskie firmy komputerowe nie mają swojego związku kredytowego, który obsługiwałby wszelkie ich operacje i gromadził pieniądze na kredyty. A mogłyby.

Czy to nie brzmi optymistycznie?


TOP 200