Perełka

Nam propagandowo pokazywano drgnięcie wskazówki przyrządu, które miało obrazować spadek obciążenia krajowej sieci energetycznej po tym, jak widzowie wyłączali po żarówce w każdym domu na wezwanie telewizyjnego spikera.

Nam propagandowo pokazywano drgnięcie wskazówki przyrządu, które miało obrazować spadek obciążenia krajowej sieci energetycznej po tym, jak widzowie wyłączali po żarówce w każdym domu na wezwanie telewizyjnego spikera.

Brytyjczycy w tym samym czasie robili to inaczej, bo wzywali do oszczędzania energii pokazując (tylko w telewizjach prywatnych, bo publicznej BBC nie wolno nadawać płatnych programów) fragment jakiegoś mechanizmu, który symbolizując całą gospodarkę kraju, zwalniał najpierw obroty z powodu niedostatku energii, aby w końcu w ogóle się zatrzymać z jej braku.

Kryzysy to jednak mają do siebie, że wydaje się, iż mijają, po czym szastanie energią stopniowo wraca do starego poziomu, by go wkrótce przewyższyć. O tym, że problem wisi nad nami niczym przysłowiowy miecz damoklesowy, rzadko przekonujemy się na własnej skórze, słysząc jedynie o perturbacjach, takich jak nowojorskie czy włoskie sprzed kilku lat.

Tym razem Brytyjczycy znowu są w czołówce, bo różnymi sposobami wzywają do całkowitego wyłączania nawet urządzeń będących w trybie czuwania, których utrzymywanie - w skali ich kraju - ma angażować całą jedną elektrownię. Idą także jednak dalej i pokazują drugą stronę tego medalu. Na ekranie widzimy np. alpejskiego przewodnika, który pokazuje miejsce, do którego, w latach jego młodości, sięgał biegnący od szczytu Mont Blanc, a widoczny w dali, lodowiec. Różnica wysokości to już jakieś 600 metrów, a teraz każdego roku lodowiec traci kolejne dziesięć.

Traci, bo zużywając energię grzejemy przy okazji atmosferę i mimo że same urządzenia potrzebują dziś energii mniej, to przybywa przecież biur i samochodów z klimatyzacją, a każdy pasażer samolotu w trakcie przelotu w obie strony w ramach Europy "produkuje" blisko pół tony dwutlenku węgla, zużywając 200 litrów paliwa. Ile dokładnie na konkretnej trasie - można wyliczyć na kilku co najmniej stronach internetowych (np. terrapass czy co2balance). Rachunek ten nie jest jednak przeprowadzany tam tylko jako ciekawostka. Przy okazji wyliczana jest również kwota, jaką proponuje się wpłacić na swoisty fundusz odtworzeniowy, z którego finansuje się zalesianie, a konkretny las, w którym ma to nastąpić, można sobie z listy wybrać. W przypadku "naszego" przelotu jest to siedem i pół funta.

Z innych wyliczeń - komputer pracujący po 3 godziny dziennie powoduje w ciągu roku emisję 0,15 tony dwutlenku węgla. Ze środków transportu najlepszy jest pociąg (25 000 km = 1 tona), potem autobus (2,5 raza więcej) i na końcu - samochód (5 razy więcej).

No i właśnie wczoraj (a piszę ten tekst w niedzielę, 5 listopada) znów nas trafiło. To znaczy nie całkiem nas tu, w Polsce, ale nas w Europie. Tym razem zaczęło się w Niemczech i nie poszło w naszym kierunku tylko dlatego, że podobno ostatnio odcięliśmy się od nich i pod tym względem, i nie będzie więcej płynął polski prąd w niemieckich drutach (ale niemiecki w naszych też nie, gdyby nam coś się przytrafiło).

Dalej był już tylko tradycyjny efekt domina - Belgia, Holandia, Francja, Hiszpania, Włochy i nawet Maroko po przeciwnej stronie morza. Bokiem trafiło także w Chorwację. Awaria nie dotarła do Kapsztadu chyba tylko dlatego, że nie ma jeszcze magistrali energetycznej przez Saharę.

Czy można sobie wyobrazić lepszy zbieg okoliczności dla piszącego tekst, taki jak ten? Toż takie zdarzenie to gratka niebywała, perełka niemal. Szczególnie, że wszystko zaczęło się od tego, że na krótko tylko wyłączono linię wysokiego napięcia, by bezpiecznie (5 metrów od drutów) przepłynął pod nią, wyprowadzany ze stoczni na morze, nowy statek pasażerski. A statek nazywał się "Perła Norwegii".


TOP 200