Parkinsonada, czyli jakto w korporacji bywa...

Lat temu kilka, w sam raz na wakacje, wyszła u nas książka "Witaj lenistwo", będąca satyrą na obyczaje współczesnych korporacji. Jej autorka pokazywała, jak pracując w dużej korporacji, można nie robić nic sensownego, a jedynie umiejętnie wpisywać się w korporacyjną obrzędowość.

Lat temu kilka, w sam raz na wakacje, wyszła u nas książka "Witaj lenistwo", będąca satyrą na obyczaje współczesnych korporacji. Jej autorka pokazywała, jak pracując w dużej korporacji, można nie robić nic sensownego, a jedynie umiejętnie wpisywać się w korporacyjną obrzędowość.

Teraz też mamy coś podobnego - i nic straconego, gdy kto nie zdążył w wakacje, bo przed nami coraz dłuższe przecież wieczory, a nędza telewizji, szczególnie tej publicznej, nie zasługuje nawet na wysiłek sięgnięcia po pilota.

A na myśli mam książkę "Korporacja", której autorem jest australijski pisarz-debiutant Max Barry. Sam jej tytuł mówi niewiele, jednak konfrontacja z treścią przerasta oczekiwania. Do gdzieś dwóch trzecich akcja prowadzona jest błyskotliwie, niemal brawurowo, i przed czytelnikiem pojawiają się, niczym rozbłyski ogni sztucznych, kolejne, celowo przejaskrawione opisy korporacyjnych praktyk i zwyczajów. Dowodzącymi tego cytatami dałoby się zapełnić kilka takich felietonów. Dwa przykłady.

Pierwszy - fragment komunikatu dla korporacyjnej załogi: "Wartości naszych akcji zaszkodziła przesadna reakcja na niezależne od nas wydarzenia i straciliśmy kolejne czternaście procent, [...] ale warto odnotować, że spadek jest mniejszy niż osiemnastoprocentowy w ubiegłym kwartale, więc w kategoriach względnych zyskaliśmy cztery procent".

Drugi - o awarii sieci komputerowej w całej korporacji: "Działy nie informują kierownictwa o awarii, bo dobry kierownik wie, że do ścisłego zarządu dzwoni się zawsze tylko z dobrymi wiadomościami", i dalej, na ten sam temat: "Pozbawieni poczty elektronicznej pracownicy odkrywają sztukę porozumiewania się przez telefon. Dociera do nich, że dyskusje, które poprzednio wymagały trzech dni i sześciu maili, mogą być przez telefon załatwione w ciągu paru minut".

Ostatnia jedna trzecia książki jest jednak jakby słabsza, co tym bardziej razi w zestawieniu z błyskotliwą resztą. Autor nie bardzo chyba potrafił wyplątać się z tak obiecująco zawiązanej intrygi.

Całość zaczyna się, gdy któregoś ranka, w jednym z działów liczba dostarczonych tego dnia służbowych pączków jest o jeden mniejsza od liczby pracowników. Wątek brakującego pączka przewija się przez całą książkę, jednak myliłby się ten, kto kojarzyłby go z zapowiedzią zwolnienia z pracy. Byłoby to dla korporacji uwłaczające, bo i w dziedzinie zwalniania osiągnęła ona mistrzostwo. Przykład: świeżo upieczona kierowniczka musi się wykazywać, a więc również oceniać i zwalniać podwładnych. Rozmowa ze zwalnianą:

  • Zdecydowało to, że nie osiągnęłaś żadnych celów.
  • Jakich celów?
  • To prawda, że żadnych nie miałaś [...]. Podczas twojej ostatniej oceny mieliśmy zamiar ustalić dla ciebie cele, ale nigdy do tego nie doszliśmy. Dlatego w rubryce "Cele osiągnięte" musiałam zaznaczyć "żaden".

Niepokornych oskarża się też o kradzież komputera czy papieru firmowego, które - co prawda - niebawem odnajdują się w biurku szefa, ale kogo w międzyczasie miało w firmie nie być, tego już nie ma.

Nasze rodzime korporacje dalekie są jeszcze od tego poziomu. Ale młode kadry - przepraszam: zasoby - rosną i coraz lepiej radzą sobie z korporacyjną, polityczną poprawnością. Oni, podobnie jak bohaterowie naszej książki, dobrze już wiedzą, że: "nie ma czegoś takiego jak praca zespołowa, bo firma nie awansuje przecież zespołów".

Jeżeli ktoś pamięta teorię Parkinsona sprzed lat, to tu mamy do czynienia z parkinsonadą iście idealną. By dowiedzieć się dlaczego, trzeba jednak przeczytać całość. Warto. Chociażby dla własnego zdrowia psychicznego (i dobrej polszczyzny tłumaczenia, o co też dziś niełatwo).