Para w gwizdek

Mój dostawca energii elektrycznej przeszedł w minionym sezonie letnim samego siebie, rzec by można. Przysłał mi grubą kopertę zawierającą pakiet papierów, z których do przeczytania po łebkach zdołałem wybrać jedynie faktury z płatnościami.

Do studiowania reszty mnie nie korciło, bo było tego zbyt wiele jak na moją skołataną głowę. Tak więc odłożyłem broszurę z regulaminem i kopertę zwrotną zawartą w pakiecie. A była ona tam po to, aby odesłać deklarację wyboru jakiejś nowej taryfy spośród dwóch, które dostawca oferował jako tańsze z gwarancją ceny na trzy lata w przód. Nie wiedząc, którą wybrać, nie wybrałem żadnej. Zgodnie z zasadą, że jeśli nie wiesz, co zrobić, to nic nie rób. Przyczyny mojej niechęci do wybrania nowej opcji okazały się różnorodne. Po pierwsze materiały opisujące te nowości były, oględnie mówiąc, takie sobie. Owszem, potraktowano temat porównawczo, ale nie uwzględniając mojej aktualnej taryfy, więc nie wiedziałem, czy ostatecznie zyskam czy stracę. Poza tym skąd mam wiedzieć, jak będą się kształtowały ceny energii w przyszłości i czy rezygnacja z dotychczasowych warunków nie będzie dla mnie stratą. Po drugie nie lubię dobrowolnie wiązać się sztywnym terminem obowiązywania umowy, gdzie jej wypowiedzenie grozi karami finansowymi. Przede wszystkim cenię sobie wolność. Załączono oczywiście bardziej szczegółowe cenniki nowych taryf, niemniej nie uwzględniono w nich takich składników, jak opłaty dystrybucyjne i inne sprawy dodatkowe. Znając sposób działania mistrzów od marketingu, materiały promocyjne w najlepszym razie ukrywają część prawdy, aby nie psuć ogólnie dobrego wrażenia, jakie klient powinien odnieść na pierwszy rzut oka. Tak więc przy okazji reklamowania tzw. zielonej energii marnuje się tony papieru. W zamian za to ludzie mają pracę.

Zasadniczym jednak powodem, dla którego nie rzuciłem się na nowe propozycje, było to, że przeczytałem je, gdy już minął termin akcesji do nich. Trzeba być niespełna rozumu, aby w okresie wakacyjnym wysyłać tego rodzaju korespondencję, dając klientom tydzień na reakcję. I nikt mi nie wmówi, że przesyłka gdzieś się walała tygodniami – widniał na niej komputerowy nadruk daty nadania.

Organizatorom takich akcji chyba brakuje rozsądku. To prawda, że komputery potrafią szybko wydrukować pisma i zaadresować koperty, ale nie znaczy to, że można lekceważyć inne elementy procesu. Ciekaw jestem, jaki był skutek całej tej kampanii i dlaczego był tak ograniczony czas dostępu. Ponadto, czy nie lepiej wysłać w formie tradycyjnej krótką informację kierującą do strony internetowej zawierającej komplet informacji? Kto będzie zainteresowany, zajrzy, a kto nie będzie, to forma papierowa i tak go nie przekona. A poza wszystkim chciałem zauważyć, że jeśli klientowi daje się (i to w sezonie wakacyjnym) tydzień na realizację płatności, to już jest to draństwo.


TOP 200