Palec Boży

Dzisiejszy felieton napisałem na życzenie. Mam bowiem czytelnika, który zasługuje na wyróżnienie. Nie tylko przeczytał wszystkie dotychczasowe felietony (no, może ze dwa lub trzy opuścił), ale zawsze rzeczowo je komentował. Jak łatwo się domyśleć, tym sumiennym czytelnikiem jest moja żona, która kiedyś zmuszona do czytania wszystkiego, co napisałem, aby pomóc mi wyłapywać błędy myślenia i pisania, tak się wciągnęła, że chyba te czytanie w sobotnie porannki polubiła.

Dzisiejszy felieton napisałem na życzenie. Mam bowiem czytelnika, który zasługuje na wyróżnienie. Nie tylko przeczytał wszystkie dotychczasowe felietony (no, może ze dwa lub trzy opuścił), ale zawsze rzeczowo je komentował. Jak łatwo się domyśleć, tym sumiennym czytelnikiem jest moja żona, która kiedyś zmuszona do czytania wszystkiego, co napisałem, aby pomóc mi wyłapywać błędy myślenia i pisania, tak się wciągnęła, że chyba te czytanie w sobotnie porannki polubiła.

Otóż moja żona, jak wszystkie szanujące się kobiety, ma wspaniałą torebkę wielkości sporej sakwy podróżnej, a w niej tysiące niezbędnych przedmiotów, jak grzebienie, lusterka, szminki, chusteczki do nosa oraz parę rzeczy, których przeznaczenia nie udało mi się nigdy zrozumieć. Ma też kilka kart magnetycznych, bo teraz człowiek nie istnieje bez plastiku. Nawet w Polsce, gdzie coraz więcej ludzi ma nie tylko karty bankowe, ale także ubezpieczeniowe, sklepowe i benzynowe.

Jak wiadomo, karty magnetyczne zawierają różne informacje zapisane w postaci wąskiego paska magnetycznego. W Muzeum Komputerów w Bostonie stworzono nawet ciekawe stanowisko: każdy, kto podejdzie i przesunie jakąkolwiek kartę magnetyczną przez czytnik, może na ekranie obejrzeć, co na karcie zapisano. Nic dziwnego, że co chwila jakiś ojciec,pozostawiwszy latorośl przy komputerach, skrada się do czytnika, wyjmuje portfel i - zasłaniając całym ciałem ekran - odczytuje informacje o sobie.

Operacja zasłaniania ekranu, pozornie śmieszna dla osób postronnych, przybiera karykaturalne formy na stanowiskach do pobierania gotówki w ulicznych bankomatach. Wprawdzie bankomat nie pokazuje, ile kasy jest na koncie, ale zanim w ogóle zacznie z nami rozmawiać, trzeba mu wstukać tzw. PIN, czyli sekretną liczbę, znaną tylko użytkownikowi. Znaną tylko jemu do czasu, gdy ktoś ją podpatrzy, by ukradłszy kartę, korzystać z owoców spostrzegawczości.

Właśnie te momenty gimnastyki automatowej w połączeniu z dużą liczbą kart, z których każda ma inny PIN, skłoniły moją żonę do głębokiej zadumy nad ciężkim losem plastikowego człowieka. Przecież każdy ma ograniczony zasób pamięci i w pewnym momencie musi gdzieś zapisać te wszystkie liczby. Można oczywiście stosować zawsze tę samą (np.pierwszych siedem cyfr liczby pi), ale w praktyce większość ludzi wybiera datę urodzenia. Dlatego wydający karty, pytają rutynowo, czy podany PIN nie jest przypadkiem datą urodzenia.

A przecież człowiek zawsze nosi ze sobą wspaniały kod identyfikacyjny wpostaci linii papilarnych. Skoro możliwe jest zrobienie drzwi, otwierających się za dotknięciem kciuka, to tym bardziej analiza wszystkich pięciu palców zapewniłaby odpowiedni poziom bezpieczeństwa.Oczywiście, złodzieje pewnie zaczęliby pobierać odciski palców przyszłych ofiar (np. na szklankach lub butelkach) i robić odpowiednie odlewy, ale z kolei skóra ma specyficzne przewodnictwo elektryczne, jak też absorpcję światła, więc zdolni wynalazcy z pewnością potrafiliby

zrobić nieomylny czytnik.

A wtedy można by wszystkie karty wyrzucić do kosza, a w każdym razie pozbyć się PIN-ów i podglądaczy. Także ułatwić wszelkie transakcje poprzez Internet, gdy mała przystawka do komputera stałaby się standardem. Kobiety zaś miałyby trochę mniejszą entropię w torebkach.


TOP 200