PGP, czyli utrata prywatności

Do napisania dzisiejszego felietonu przymierzałem się od jakiegoś czasu. Nie dlatego, że jest to felieton numer 700. Owszem, okrągła liczba, ale równie dobra jak 699 lub 701. Prawdziwym powodem jest zakwalifikowanie mnie do PGP1K - po prawie dwuletnim okresie oczekiwania.

Wszystkim w branży komputerowej PGP jednoznacznie powinno kojarzyć się z szyframi oraz zachowaniem prywatności, z Pretty Good Privacy. Zapewne jako wewnętrzny żart grupa biologów z Uniwersytetu Harwarda postanowiła tym samym skrótem nazwać projekt opublikowania pełnych ludzkich genomów - Personal Genome Project. 1K oznacza pierwszy tysiąc ochotników, gotowych ujawnić najbardziej intymne dane osobowe. Udało mi się znaleźć w grupie tych szczęśliwców!

Można zapytać, po co właściwie publikować informacje o kodzie genetycznym różnych ludzi? Od czasu, gdy w roku 2000 komputerom udało się złożyć pierwsze kompletne sekwencje genotypów, powstało dość firm, które na codzień oferują komercyjne badania genetyczne. Swego czasu dużo szumu zrobiła informacja o tym, że jeden z założycieli firmy Google (Sergey Brin) jest dziedzicznie obciążony chorobą Parkinsona. Zapewne jest to wynik badań w firmie żony, która to firma oferuje za niezbyt duże pieniądze możliwość sprawdzenia, co może nas czekać w przyszłości. W Polsce też już pojawiły się podobne oferty, wywołując zresztą niepochlebne komentarze środowiska lekarskiego. Dlatego harwardzkie PGP jest ważnym krokiem. O ile uda się zgromadzić odpowiednie fundusze, PGP chce opublikować pełne genotypy, a także historie chorób 100 tysięcy ochotników. Wszystkie dane będą dostępne dla każdego, kto chciałby testować hipotezy zależności genetycznych chorób. Otwarty charakter bazy danych niesie jednak ze sobą poważny problem utraty prywatności. Dlatego organizatorzy projektu zaczęli od siebie samych - dane pierwszych 10 osób, czyli PGP10, są już dostępne. Aby zakwalifikować się do kolejnych grup, trzeba było zdać egzamin z genetyki oraz podpisać kilka różnych oświadczeń. Wszystko po to, by ochotnicy zdawali sobie sprawę z tego, co naprawdę zamierzają zrobić. Gdy tylko dowiedziałem się o projekcie PGP, to prawie natychmiast postanowiłem zostać królikiem doświadczalnym. Wprawdzie rodzina pukała się w głowę, ale uważam, że dobrze jest znać siebie od podszewki, a raczej od strony kodu genetycznego. A skoro można przy okazji pomóc w rozwoju nauki, to tym bardziej warto to zrobić.

Badania ludzkiego genotypu są wyjątkowo zależne od komputerów, nawet bardziej niż tworzenie nowych rodzajów broni. Wprawdzie ciągle jeszcze najszybsze komputery świata zwykle znajdują się w laboratoriach pracujących dla wojska, ale biolodzy, i lekarze dzielnie gonią fizyków. Niestety, na razie rządy nie są specjalnie zainteresowane poznawaniem zdrowia swoich obywateli. PGP ciągle jeszcze znajduje się w fazie pozyskiwania funduszy, głównie ze źródeł prywatnych. Dlatego też nie wiem dokładnie, kiedy będę mógł poddać się badaniu, które samo w sobie jest mało podniecające: ot, pobiera się nieco śliny na patyczek pokryty watą. DNA to wyjątkowo gęsty sposób zapisu informacji - pełny, rozszyfrowany genotyp człowieka, czyli sekwencja wszystkich liter kodu, to około 1,5 GB danych w postaci tekstu, który ledwie mieści się na dwóch CD. Czego ta Natura nie wymyśliła...

Będę informował na bieżąco w blogu nt. postępów mego udziału w projekcie PGP. Mając nadzieję, że nie zostanę poczytany za ekshibicjonistę.