Opierając się na zdaniu

W ostatnich latach, gdy informatyka stosowana jest niemal wszędzie, w zakładach pracy pojawiły się specyficzne zależności interpersonalne. Otóż dyrektor nie występuje w parze tylko z głównym księgowym czy kadrowym, ale także z głównym informatykiem. Występowanie jest synonimem procesu wspólnego konsultowania, decydowania i pojawiania się w okolicznościach wymagających wyrobienia sobie zdania, co ma charakter czysto sytuacyjny o częstotliwości uzależnionej od mnogości problemów wokół informatyki.

W ostatnich latach, gdy informatyka stosowana jest niemal wszędzie, w zakładach pracy pojawiły się specyficzne zależności interpersonalne. Otóż dyrektor nie występuje w parze tylko z głównym księgowym czy kadrowym, ale także z głównym informatykiem. Występowanie jest synonimem procesu wspólnego konsultowania, decydowania i pojawiania się w okolicznościach wymagających wyrobienia sobie zdania, co ma charakter czysto sytuacyjny o częstotliwości uzależnionej od mnogości problemów wokół informatyki.

Do dyspozycji dyrektora może pozostawać jeden informatyk lub jeden przedstawiciel działu informatyki - w każdym razie osoba najbardziej zaufana pod względem stanowiska, wiedzy lub z konieczności.

Informatyk ten może być specjalistą dobrej klasy lub zupełnie bez wiedzy i klasy. Zazwyczaj dyrektor nie ma możliwości bezpośredniej weryfikacji umiejętności podległego mu pracownika, gdyż sam właściwej wiedzy nie posiada, więc chcąc nie chcąc, musi polegać na opinii informatyka, któremu powierzono pieczę nad tą

dziedziną w firmie. Jeśli więc szef zapyta o kwestię jakiegoś rozwiązania swego speca od komputerów, który jak już wspomniałem może być różnej klasy, zazwyczaj otrzyma odpowiedź jaką jest w stanie zapytany udzielić. Informatyk ten może być na tyle cwany, że udzieli porady jaka jest dla niego samego najwygodniejsza, a może być na tyle ograniczony, że podsunie jedyną uznawaną przez niego za możliwą koncepcję, co oczywiście nie świadczy o jej obiektywnej poprawności. W każdym razie ostateczną drogą uzyskania potwierdzenia pozostaje konsultacja zewnętrzna, co bywa stosowane, aczkolwiek nie zawsze i niekoniecznie tam gdzie trzeba.

Znam na przykład takie miejsca, gdzie dyrektor jednostki budżetowej jest święcie przekonany, iż kable sieciowe walające się po podłodze są standardem poprawności organizacji sieci komputerowej. Nie wiem z czego wynika takie przekonanie dyrektora, który przecież zwiedza mnóstwo identycznych firm, gdzie wcale żadnych kabli nie widać, albowiem są one zgrabnie ukryte w korytkach. Odnoszę wrażenie, że szef tej firmy jeździ po świecie za pieniążki podatników tylko po to, aby zrobić sobie wycieczkę i miło spędzić czas, a nie w celu zaczerpnięcia wzorców z dobrych źródeł. Być może też dla owego dyrektora kable są nieistotnym, niezauważalnym (o co dosyć trudno) i zupełnie pomijalnym wybrykiem technicznej natury, czego on jako ekonomista lub też humanista zupełnie nie rozumie, nie chce rozumieć i najlepiej gdyby tej całej techniki na świecie nie było. Gdyby jednak ów dyrektor zainteresował się dlaczego w jemu podległej jednostce coś wala się w sposób dalece nieokiełznany, tak że grozi to już nie tylko bezpieczeństwu danych, ale wręcz ludzi, to ten słabawy jego informatyk powiedziałby mu, że tak ma być. Nie mógłby udzielić innej odpowiedzi, bowiem skoro są pieniądze na drogi sprzęt, oprogramowanie i kosztowne zagraniczne wojaże, to nie sęk w mizerii finansowej.

Kiepski dyrektor wraz z takim samym doradcą to już rzeczywiście najgorszy duet jaki można sobie wyobrazić. Nieszczęścia chodzą jednak parami.