Okno od południa

Nie darzyłem jakoś atencją stacji radiowej, która na falach krótkich nadawała ''wiadomości dobre lub złe, ale zawsze prawdziwe''. Awersja ta miała swe źródło zapewne jeszcze w dzieciństwie, kiedy to kazano mi siedzieć cicho, bym nie przeszkadzał w wyławianiu treści z trudem przebijających się przez przeszkody w eterze. Paradoksem historii jest, że ze znajdujących się gdzieś za Uralem nadajników, które kiedyś miały przeszkadzać w odbiorze tamtej stacji, dziś płyną do nas treści - powiedzmy - kontrowersyjne...

Nie darzyłem jakoś atencją stacji radiowej, która na falach krótkich nadawała ''wiadomości dobre lub złe, ale zawsze prawdziwe''. Awersja ta miała swe źródło zapewne jeszcze w dzieciństwie, kiedy to kazano mi siedzieć cicho, bym nie przeszkadzał w wyławianiu treści z trudem przebijających się przez przeszkody w eterze. Paradoksem historii jest, że ze znajdujących się gdzieś za Uralem nadajników, które kiedyś miały przeszkadzać w odbiorze tamtej stacji, dziś płyną do nas treści - powiedzmy - kontrowersyjne...

Z tym zagłuszaniem odbioru to zaiste było jakoś tak śmiesznie. Ponieważ, z samej kapryśnej istoty fal krótkich, łatwiej było zagłuszać te o niższej częstotliwości (które jednak są lepiej słyszalne po zmroku - a o tej porze było więcej czasu na słuchanie), produkowane w kraju odbiorniki popularne miały na ogół zakresy od 31 metrów.

Komu jednak zależało, mógł kupić jeden z kilku dostępnych luksusowych odbiorników NRD-owskich i mieć nie tylko pasmo fal krótkich pełne, ale jeszcze podzielone na dwa albo trzy podzakresy. Najlepsze były jednak odbiorniki radzieckie (produkowane na Łotwie), z sześcioma pasmami fal krótkich i zakresem nawet 13 metrów.

Z kolei norma sygnału telewizyjnego obowiązująca w krajach byłego Obozu przewidywała inną niż na Zachodzie tzw. częstotliwość różnicową fonii, co zresztą przy ówczesnym zasięgu sygnału i tak było bez znaczenia. Wyjątkiem była NRD, która oficjalnie piętnując wrogą propagandę z Zachodu, w produkowanych telewizorach stosowała taką częstotliwość różnicową, która pozwalała na odbiór programów telewizyjnych od swego zachodniego brata, a nie np. z Polski czy Czech.

Dziś niby każdy może słuchać i oglądać, co mu się podoba, a wiele stacji radiowych i telewizyjnych można odbierać przez Internet. Nadal tysiące stacji z całego świata nadają na falach krótkich, docierając, poprzez oceany i kontynenty, do bardzo nieraz odległych miejsc. Z drugiej jednak strony - tuż po euforii wywołanej naszym kopenhaskim sukcesem, zapowiadającym bliskie dołączenie do "jednej Europy", tysiące klientów telewizji kablowych w Polsce dostaje zimny prysznic, kiedy to - w imię tej samej jednej Europy - odbiera im się pewną liczbę dotąd dostępnych programów. Nagle odbiór tego samego programu, który sąsiad z oknem po właściwej stronie świata może swobodnie oglądać z własnej anteny satelitarnej, staje się nielegalny poprzez kabel. Kabel, który - w tym konkretnym przypadku - jest niczym innym, jak wynajętym odpłatnie kawałkiem anteny (w moim przypadku za jakieś 60 gr za kanał miesięcznie).

Nie chodzi mi bynajmniej o interesy operatorów telewizji kablowych, bo uważam, że uprawiają oni innego rodzaju manipulacje, ale jakoś nie mogę zgodzić się z tym, że pobierana przez nich opłata ma obejmować coś innego poza udostępnianą infrastrukturą (z oczywistym wyjątkiem programów ze swoistą wartością dodaną, taką jak tłumaczenie na polski). Czy, gdy zaśpiewam komuś arię przez telefon (ewentualnych chętnych do wysłuchania ostrzegam: ze śpiewu zawsze miałem tróję, i to z łaski), to już jest przekaz artystyczny, za który należą się tantiemy?

Mam pomysł: niech naszym oryginalnym wkładem do Unii będzie coś zupełnie nowego, np. nadajniki satelitarne sprawiedliwie i skutecznie (w końcu technika zrobiła jakieś postępy od czasów wspomnianej tu na początku stacji) zagłuszające odbiór na naszym terytorium tych stacji satelitarnych, które za to nie zapłaciły. Później już łatwiej będzie poszerzyć ten system pod byle pretekstem na te, których nie lubimy.


TOP 200